Dorota Grabek, Zmartwychwstanki
- Kurier
- 11,79 zł
- paczkomat
- 13 zł
- poczta
- 12 zł
- odbiór osobisty (Warszawa)
- 0 zł
- pliki
- 0 zł
Odważny, surrealistyczny, napędzany nieokiełznaną wyobraźnią – debiutancki zbiór opowiadań Doroty Grabek
W tych historiach wszystko pozornie jest proste: ktoś jeździ taksówką, zbiera śmieci, strzyże włosy, pilnuje sali w muzeum. Ale po kilku chwilach w szczeliny wślizguje się niesamowite: fryzjerka kradnie włosy swojego klienta i potajemnie wypycha nimi poduszki. Młoda kobieta śpi w nie swoich mieszkaniach, a jej partner odkrywa, że pod podłogą łazienki rośnie trawa. Bezdomny dokarmia dziwne stworzenie, które spadło z nieba. Do emerytki ktoś pisze listy na ścianach windy.
Bohaterów opowiadań Doroty Grabek łączy bezimienna metropolia zawieszona w czasie. Łączy ich też tęsknota i zanurzenie we własnych, szczelnych światach. Każdy tu podąża za swoją wyobraźnią, osobny i niemy jak w batyskafie: ktoś widzi świat w dwóch kolorach, ktoś od środka obrasta solą, ktoś z wolna zamienia się w pustynną różę.
To świat, który znamy, choć zdaje się nam, że gdy mrugnęliśmy, zmienił się wymiar. Siła Zmartwychwstanek, ich moc uwodzenia i groza, polegają na tym, że wystarczy jedno drobne zakłócenie, jeden przester, byśmy razem z bohaterami wpadli w którąś ze szczelin.
-
Grabek zagrabia naszą uwagę i rozgrabia nasze przyzwyczajenia
-
Błyskotliwa konstrukcja, lekkość, zawieszenie puenty, która powraca w kolejnym opowiadaniu, dopełniając poprzednie, zawieszenie w czasie i przestrzeni, wreszcie nadrealizm – to wszystko składa się na jeden z najoryginalniejszych debiutów ostatnich lat.
-
Grabek (…) spogląda na świat uważnie, często z ironicznym przymrużeniem oka, ale nie unikając intensywnych emocji. Jednocześnie ucieka od schematu pokazywania portretu pokolenia: wśród bohaterów nie brakuje ludzi w średnim wieku, a nawet starszych.
Przeczytaj fragment ZamknijDorota Grabek
Zmartwychwstanki
fragment
Poznali się pod portretem Cyganki. Ona chciała podejść jak najbliżej, czubkami butów dotykała czerwonej linii na podłodze, a brodę wysunęła do przodu, jakby próbowała ten obraz powąchać. Spodobało mu się to balansowanie na granicy zasad: stopy po jeden stronie linii, ramiona i klatka piersiowa po drugiej. Jego pierwszych słów nawet nie usłyszała, tak bardzo była zajęta patrzeniem. Odezwał się drugi raz, wtedy oderwała się od portretu i przeniosła na niego zaskoczone spojrzenie. I powiedziała, że zapatrzyła się w obraz, na co on, czy może ją gdzieś zaprosić w ramach przeprosin za to, że ją z tego zamyślenia wyrwał, na co ona, że nie wie, ale w końcu się zgodziła, bo widziała, że bardzo mu zależy.
Dwa dni później zdjął jej z grzywki biedronkę, a jej włosy pachniały marakują. Wybrali się na spacer do dzielnicy biurowców, on zaproponował, a ona się zdziwiła, że nie zaprosił jej na prosecco albo inny banał. Było sobotnie przedpołudnie, biura zamknięte, parkingi bez aut przypominały szczęki z wybitymi zębami. Po deszczu na puste chodniki wyszły setki ślimaków. Skąd te ślimaki tak nagle, w środku miasta? W słońcu srebrzyły się smugi śluzu przecinające chodnik. Znikały, gdy podchodziło się bliżej.
– Skręćmy tutaj. – Wskazał asfaltową alejkę prowadzącą między biurowce. – Pokażę ci, gdzie kiedyś pracowałem.
Usiedli na małym kwadratowym skwerze otoczonym z czterech stron ścianami wieżowców. Drewniana ławka była jeszcze wilgotna po nocnej ulewie.
– Tam. – Jego palec trafił w któreś okno w rzędzie identycznych okien, nie była pewna które, ale nie o to przecież chodziło w tej historii.
– Jak było? – zapytała.
– Nie pasowałem tam.
Delikatnie przesunęła się w jego stronę.
– A teraz gdzie pasujesz?
– Sam nie wiem. Mam na przykład taki powracający sen. Jestem olbrzymem, ludzi trzymam w splecionych dłoniach jak koniki polne. Chciałbym z nimi porozmawiać, ale ich nie rozumiem, bo głosiki mają takie cieniutkie, cichutkie. I gdziekolwiek się poruszę, tam coś psuję, depczę. Ludzie są na mnie źli, wymachują tymi piąstkami jak główki od szpilek, a ja nic nie mogę zrobić.
Dziewczyna nie odpowiedziała, patrzyła tylko, nie wiedział, czy ze współczuciem, czy z drwiną, aż zrobiło mu się wstyd, że opowiada takie rzeczy. Szybko wrócił do poprzedniego tematu.
– Jak w dzieciństwie narysowałabyś te biurowce? – zapytał.
Zamyśliła się.
– Pewnie tak samo jak tabliczkę czekolady, prostokąt podzielony na mniejsze prostokąty. Tylko inną kredką.
– Niebieską?
– Chyba tak. Albo gdybym miała złotko od czekolady, to może wycięłabym z niego okna. Żeby połyskiwały w słońcu jak te tutaj.
Uniesione dłonie złożyła w kształt kwadratu, jakby chciała wykadrować obraz.
– To byłby ładny rysunek – dodała.
Poranny chłód powoli mijał. Nadchodził kolejny wilgotny, upalny dzień. Srebrzyste smugi wyschły. Zadarli głowy i patrzyli na mały prostokąt nieba nad swoimi głowami, z czterech stron ograniczony taflami szklanych wieżowców. Smuga kondensacyjna przecinała go dokładnie po przekątnej, jakby ktoś rozwiązywał na niebie zadanie z geometrii.
– Teraz jest lepiej? – zapytała.
– Jest lepiej.
Prosiła, żeby nazywał ją Słona.
Nieważne dlaczego – mówiła. Nie lubiła długich historii. Wolała krótkie opowieści z dzieciństwa, kalendaria rozbitych kolan i wygranych konkursów plastycznych.
– To widziałeś? – Usiadła tyłem na skraju łóżka i odgarnęła włosy, odsłaniając białą linię przecinającą łopatkę.
– Jak blizna pooperacyjna – powiedział.
– Wypadek, skomplikowane złamanie. Ale niewiele z niego pamiętam, miałam pięć lat.
Odwrócił poduszkę na chłodną stronę. Przez głowę przeszła mu myśl o otwarciu okna, ale szybko zdał sobie sprawę, że zamiast złudzenia chłodu wpuściłby tylko spaliny i huk samochodów. Było dobrze, jak było, w dusznym pokoju, gdzie powietrze pachniało potem i kremem do rąk. Słona siedziała twarzą do okna. W porannym słońcu jej włosy wydawały się prawie rude. W dzieciństwie narysowałby je pomarańczową kredką.
– O tym opowiedz. – Gwałtownie odwróciła się w jego stronę, wskazując na jego brzuchu bliznę w kształcie liścia klonu.
Przeciągnął się.
– Bawiłem się pod stołem, chwyciłem za brzeg ceraty i zrzuciłem patelnię.
– Co na niej było?
– Mielone. – Uśmiechnął się. – I resztka tłuszczu, który rozlał mi się na brzuch.
Położyła się obok niego. Włosy o zapachu marakui łaskotały go w policzek.
– Jest bardzo ładna. Wygląda jak ślad mrozu na szybie – powiedziała, wodząc palcem po postrzępionych brzegach blizny.
Nigdy nie pytała, co wydarzyło się wcześniej ani później, jakby życie było dla niej zbiorem zawieszonych w czasie anegdot. Sama też nie mówiła o niczym, co miałoby większe konsekwencje niż krótki pobyt na urazówce.
– O tym chcesz opowiedzieć? – Wskazał dwie podłużne blizny ciągnące się równymi liniami przez jej nadgarstki.
– To? – Zaśmiała się. – I tak nie uwierzysz. Wspinałam się na zepsute ogrodzenie. Jak zeskakiwałam, to zahaczyłam o wystające druty.
Przyjrzał się jej badawczo.
– Po co się tam wspinałaś?
– Żeby ukraść butelki i sprzedać w skupie.
Tyle. Żadnych historii o byłych chłopakach, o dramatach, których mógłby jej współczuć, ani przygodach, których sam nie przeżył. Ale jemu to pasowało, bo lubił sobie wyobrażać, że wynurzyła się z morskiej piany zaledwie dzień przed ich pierwszym spotkaniem. Że nie ma innej przeszłości niż ich wspólna. Dzięki temu i on nie musiał się jej przyznawać, że przed nią w jego życiu nie zdarzyło się nic godnego uwagi.
Zdecydowali, że to ona wprowadzi się do niego. Przyjechała dzień wcześniej, niż się umawiali. Miała ze sobą tylko torbę podróżną przewieszoną przez ramię, w prawej dłoni trzymała lampę, w lewej jukę.
– Kupiłam po drodze. – Podniosła wyżej rękę z juką. – To będzie nasza pierwsza wspólna roślina.
Przyglądał się jej zaskoczony.
– Czemu tak? Miałem cię jutro odebrać.
– Nie wiem. Może chciałam ci zrobić niespodziankę.
Ona wzruszyła ramionami, on był trochę zły. Ona uważała, że on przesadza. W końcu przyciągnął ją do siebie, pocałował grzywkę o zapachu marakui.
– Dobrze, że już jesteś – powiedział.
Na kolację zamówili jedzenie z dowozem. Wciąż miał w domu tylko jeden talerz, bo do tej pory wszystko w jego życiu było jednoosobowe. Nawet balkon, niewiele większy niż dwie kartki papieru, na który po kolacji Słona wyszła na papierosa. Oparta łokciami o barierkę, nerwowo zdrapywała łuszczącą się farbę, aż ostre odpryski wbiły jej się pod paznokcie. Okna bloku naprzeciwko były na wyciągnięcie ręki. Zaglądała do wnętrza czyjejś kuchni. Na ścianie wyraźnie rysowały się plamy wilgoci, pod sufitem wisiał pasek żółtego lepu usiany czarnymi punktami. Na wszystkich palnikach stały garnki, w których mieszał staruszek, drobny i pomarszczony jak suszony grzyb. Zaciekawiło ją, co mężczyzna robi z taką ilością jedzenia. Na próżno czekała, aż w okiennej ramie pojawi się ktoś jeszcze, może gromadka wnucząt wspinających się na palce i ciągnących dziadka za rękaw koszuli. Nikt nie przychodził, a mężczyzna też nie wyglądał, jakby na kogoś czekał. Mieszał w garnkach niespiesznie. Może jest wolontariuszem gotującym dla bezdomnych? – przyszło jej do głowy.
Odwróciła się i oparła plecami o barierkę. Przez otwarte drzwi balkonowe patrzyła na przestrzeń, którą od tego dnia miała nazywać domem.
Jutro będę musiała kupić popielniczkę – pomyślała, dyskretnie strzepując popiół na posadzkę. On nie patrzył, był zajęty telefonem. Wykorzystała moment i zgasiła papierosa w doniczce z martwą pelargonią. Niedopałek przysypała ziemią.
Nie chciała jeszcze wracać do środka. Była jak uczennica, a w jej życiu właśnie zaczynał się wrzesień. Otworzyła świeży zeszyt, w którym trzeba stawiać tylko kształtne litery i nie zaginać rogów, bo wszystko, co nowe, powinno być piękne. Póki stała na balkonie oparta o barierkę, mogła być jeszcze starą sobą z brzegiem dłoni umazanym tuszem. Jeszcze wszystko było do zepsucia.
Najpierw przesadzi jukę – zdecydowała – może już jutro, czemu by nie. To dobry początek, bo trudno jest zabić jukę. Dlatego ją wybrała. Przesadzi do świeżej ziemi, kupi osłonkę, znajdzie słoneczne miejsce, żeby kwiat nie stał na środku pokoju jak nieproszony gość, dla którego nie było miejsca przy stole. Obie z juką się tu zadomowią.
On też myślał o juce. Głównie o tym, że nie lubi tych roślin, straszą gołym pniem, przypominają mu rękę umarlaka, gołą kość z rozcapierzonymi palcami. Juka na środku pokoju zachwiała jego spokojem.
Spojrzał na balkon. Słona gasiła papierosa w jego doniczce z pelargonią.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Obserwował, jak żaluzja tnie światło latarń w wąskie paski. Układały się na ramionach Słonej mlecznymi wzorami, jakby całe jej ciało pokrywały podłużne blizny, których historii nie chciała mu zdradzić. Zamknął oczy i próbował zmusić się do snu, ale im bardziej się starał, tym bardziej przytomny był jego umysł. W końcu dał za wygraną, po cichu wstał z łóżka i wymknął się do łazienki.
Z ulgą zamknął za sobą drzwi i zapalił światło. Z lustra spojrzała na niego blada twarz o chudych policzkach i przekrwionych oczach, pod którymi rysowały się dwa sine księżyce. Nie rozumiał, jak to się stało, że Słona dostrzegła w nim coś szczególnego. Najbardziej w życiu bał się, że pewnego ranka usiądą razem do stołu, a ona go nie rozpozna; że jego rysy rozpuszczą się w jej pamięci jak szczypta soli w zupie i zostanie po nim ledwie posmak, drobny ślad, że kiedykolwiek był w jej życiu.
Sięgnął na najwyższą półkę lustrzanej szafki. Przez chwilę błądził dłonią między zapasem mydła w płynie a rolkami papieru toaletowego, aż wreszcie trafił na to, czego szukał. Uśmiechnął się sam do siebie, wyjmując z szafki paczkę paprykowych czipsów.
Usiadł na opuszczonej desce sedesowej. Otworzył czipsy, wyjął telefon. Zawsze gdy się czegoś bał, jak do basenu wskakiwał w szklaną taflę ekranu. Dawał się ponieść kojącej fali algorytmu. Kapibary i śmieszne psy, jeden próbuje znaleźć chrupkę, która spadła mu na czubek głowy, całkiem urocze, nawet uśmiechnął się pod nosem; dalej jakieś memy o nudnej pracy i czekaniu na weekend, też tak miał, więc dał serduszko. Fala algorytmu kołysała go łagodnie. Jakieś wojny w jakichś dalekich krajach. Nawet nie wiedział, że takie istnieją. Chcesz pomóc? – spytał znienacka banner z wychudzonym dzieckiem. Nie chciał, przewinął dalej. Więcej kapibar i więcej złych wiadomości. Galeria handlowa, w której kiedyś wybuchł gaz, została w końcu oddana do rozbiórki. A w jakimś egzotycznym kraju znów z nieba spadają bomby.
Powiększył zdjęcie. Patrzył na siwe okruchy miasta najeżone prętami zbrojeniowymi, które zamiast wbijać się w niebo, wiły się na boki jak konary starego drzewa. Niczego już nie podtrzymają, biedne, połamane kręgosłupy domów. Wrzucił czipsa do ust, otłuszczonym palcem przesunął obraz na telefonie, otworzył filmik. Dziewczynka przed chwilą wyciągnięta z gruzów, ratownicy podają ją sobie z rąk do rąk. Buzię i rozczochrane włosy ma pokryte szarym pyłem, wygląda jednocześnie jak dziecko i staruszka. Czy można zestarzeć się w kilka minut, jeśli doświadczy się więcej emocji niż inni przez całe długie życie? Mogłoby tak być. Kolejny film. Cywile szukają w gruzach żywych. Młodzi mężczyźni przeskakują po siwych górach skruszonego betonu, gołymi rękami rozkopują gruzowisko. Na zakurzonych stopach mają tanie plastikowe klapki.
Odruchowo spojrzał na własne stopy w podobnych klapkach. Czyste, ze starannie obciętymi paznokciami, pod nimi zamiast gruzu stabilny grunt beżowych płytek, jak miło. Już miał w duchu pogratulować sobie sytuacji życiowej, gdy zauważył coś dziwnego. Szybko oblizał palce z tłuszczu i paprykowego pyłu. Odłożył telefon.
Pomiędzy dwiema płytkami tuż u jego stóp wyrastała drobna, zielona kępka czegoś. Nie miał pojęcia czego, nie lubił roślin i do tej pory myślał, że juka była jedyną, która pojawiła się w jego mieszkaniu. Klęknął, żeby przyjrzeć się bliżej. Dłonią oparł się o sąsiadującą z zieloną kępką płytkę, która lekko przesunęła się pod naciskiem.
– Ja jebię, tylko tego brakowało.
Delikatnie podniósł płytkę. Zobaczył dokładnie to, czego się obawiał. Zamiast betonowej wylewki więcej zielonych kępek tego samego czegoś. Jakiś grzyb czy inna pleśń – pomyślał – sąsiedzi mówili, żeby nie przesadzać z gorącymi kąpielami, pranie rozwieszać tylko na balkonie. Stary blok, słaba wentylacja, wilgoć łatwo wchodzi – mówili, a on nie słuchał. Będzie musiał wezwać fachowców, zerwać podłogę, zapłacić za remont. Akurat teraz, gdy wprowadziła się Słona i chciał, żeby mieszkanie wyglądało na znośne, urządzone.
Zirytowany wbił paznokcie w roślinę. Nabrał pełną garść, kępki były wilgotne i gąbczaste jak mech. Zagarnął drugi raz i trzeci, kolejne wyrwane kępki lądowały obok jego kolan. W pustym kwadracie po płytce została tylko czarna ziemia.
Powoli zanurzył w niej dłoń, pewny, że lada chwila opuszki dotkną chropowatego betonu, granicy jego mieszkania. Nie znalazł jednak nic poza ziemią.
Ostrożnie odłożył płytkę na miejsce. Wyrwane kępki zebrał i wyrzucił do kosza, dokładnie owinąwszy je papierem toaletowym.
Na pierwsze wspólne zakupy poszli do sklepu meblowego. W dziale z wyposażeniem łazienek znów wróciły do niego myśli o płytce. Rano przy myciu zębów nerwowo omijał ją wzrokiem. Starał się jej nie nadepnąć, żeby nie przesunęła się pod ciężarem ciała. Póki jej nie ruszył, mógł wierzyć, że kępki pod podłogą były tylko sennym powidokiem. Słona też zresztą nie wspomniała przed wyjściem, żeby jakaś płytka się obluzowała, a przecież siedziała w łazience długo. Coś by chyba zauważyła. Więc może zasnął jeszcze w łóżku, wpatrzony w prążki światła na jej ramionach. Albo zdrzemnął się w łazience, znużony nieszczęściami płynącymi ze świata.
– Podobno najwięcej samobójstw jest w Boże Narodzenie. Trochę dziwne, że nie słyszy się o samobójstwach w sklepach meblowych.
Przeniósł na Słoną zaskoczone spojrzenie.
– Co mówiłaś?
Bał się, że będzie zła, że jej nie słucha, ale ona bardziej niż jego reakcją była pochłonięta oglądaniem poszewek na kołdry.
– Dziwiłam się tylko, że w dziale z oświetleniem nie dyndają na żyrandolach wisielcy – powiedziała obojętnie, gładząc komplet z kory.
– Ach. No tak.
– Nie zapytasz dlaczego?
Znów przyłapała go na tym, że nie słucha jej z uwagą.
– Zapytam. Dlaczego?
– Bo nie ma na świecie bardziej samotnego miejsca niż sklepy meblowe.
Przyjrzał się jej uważnie. Nie wyglądała na przejętą własnymi słowami; wzrokiem i dłońmi wciąż była pośród zestawów pościeli, gładziła poliestry i oglądała wzorki.
– Chyba mógłbym wymienić kilka – powiedział.
– Na przykład?
– Na przykład ponton pośrodku oceanu.
Słona przewróciła oczami.
– Wiesz, że nie o tym mówię.
– A o czym?
– O tym rodzaju samotności, kiedy kupujesz najmniejszy zestaw sztućców i poszewkę na jedną poduszkę, a wszyscy wokół ciebie urządzają wymarzone domy.
– Myślisz, że coś jest trudniejsze do zniesienia, kiedy musisz patrzeć na szczęście innych?
Słona zastanawiała się przez chwilę.
– Chyba tak – odpowiedziała. – Widok cudzego cierpienia jest łatwiejszy. Może być nawet na swój sposób przyjemny. Nie w tym sensie, że życzysz komuś źle, tylko że możesz dotknąć czegoś mrocznego, trochę zakazanego, czego nie chcesz doświadczyć sam, ale chciałbyś jednak wiedzieć, jak to jest.
Słowa Słonej przypomniały mu gruzy bombardowanego miasta i dziewczynkę o twarzy staruszki. Nie czuł żadnej satysfakcji, gdy oglądał jej strach, bliżej mu było do obojętności. Miał przecież własne problemy, swój grunt pod stopami w plastikowych klapkach, który przez chwilę zadrżał jak walący się dom, kiedy pod płytką podłogową odkrył zielone kępki. Zresztą kępki jak kępki, zwykła pleśń, ale dlaczego nie było pod nimi twardej betonowej wylewki? Jeśli to nie był sen, mógł przypadkiem trafić na ślad fuszerki, skandal budowlany na nieznaną dotąd skalę: blok mieszkalny, który zamiast z betonu i stali postawili z gliny i piasku, jak jakąś lepiankę w Trzecim Świecie.
– Która ci się bardziej podoba? – Słona wreszcie wybrała dwa komplety pościeli, finalistów konkursu.
– Ta w gwiazdki. Ale możemy wziąć obie.
Wrócili do domu objuczeni rzeczami.
– Zaczniesz rozpakowywać? – zapytał, rzucając torby na kanapę. – Ja skoczę do toalety.
– No dobra. Powiedz tylko, gdzie te talerze.
– Gdzie chcesz. Jesteś u siebie! – odkrzyknął już zza drzwi łazienki.
Szybko znalazł odpowiednią płytkę, podniósł ją, nie stawiała oporu. Co wczoraj zostawił, pozostało bez zmian. Nie przyśniło mu się. Wziął garść ziemi, przesypał przez palce. Wtedy wstąpiła w niego nieznana mu dotąd furia, zaczął kopać głębiej i głębiej, wyciągał garści ziemi zapalczywie, bez przerwy. Rękę wsadzał w dziurę już po łokieć, paznokcie miał czarne, a dalej nie zaskrobał o dno. Kiedy się zmęczył, starannie zmiótł wykopaną ziemię, a dziurę przykrył dywanikiem.
Przez kolejne dni nie opuszczała go myśl o jamie pod podłogą.
Nie chciała opuścić go przy śniadaniu, nieuważnie wodził łyżką po powierzchni talerza, aż płatki kukurydziane rozpłynęły się w ciepłym mleku.
Towarzyszyła mu w windzie, na stacji metra i w pracy. Pracę miał niby prostą, przybijał pieczątki i wystawiał pozwolenia na pobyt, ale i na tym nie mógł się skupić. Z niechęcią patrzył na kolejkę petentów, ich ogromne nosy i odstające uszy, oczy jakieś rozbiegane, niespokojne. Niepotrzebnie zawracali mu głowę. W toalecie złapał się nawet na tym, że bezwiednie wodził wzrokiem po fugach, wypatrując znajomych zielonych kępek. Być może szukał pocieszenia, potwierdzenia, że to normalne, że jak świat światem zielone kępki wyrastają pod kafelkami, czy to w blokach z ramy H, czy w szklanych budynkach urzędów. A pod nimi, zdarza się przecież, zamiast betonu jest tylko ziemia. Ale chociaż dokładnie obejrzał męską łazienkę, a nawet dla pewności zajrzał na chwilę do damskiej, zielonych kępek nie znalazł.
Nocami, żeby ukoić niepokój, sięgał po telefon. Dryfował wśród memów i rolek z tropikalnych wypraw, a fale algorytmu znów kołysały go do snu. Gdy powieki zaczynały mu się kleić, spostrzegał, że nie jest w łóżku, tylko w łazience. Ruszał do drzwi, ale z każdym jego krokiem wyjście się oddalało, aż w końcu stawało się małe jak pudełko zapałek. Przed sobą widział już jedynie szachownicę płytek, a pod każdą płytką mogła ukrywać się przepaść. Serce mu dudniło, a pot sklejał dłonie, gdy przemierzał łazienkę. Mozolnie posuwał się naprzód, ale drzwi się nie przybliżały. Aż w końcu popełniał błąd, jedna z płytek zapadała się pod jego ciężarem i leciał w przepaść.
Wybudzał się gwałtownie, wciąż czując mrowienie w nogach. Jeszcze przez chwilę uspokajał oddech. Leżał z szeroko otwartymi oczami, oswajając wzrok z ciemnością, aż w końcu wyłaniały się z niej jaśniejsze kontury przedmiotów i nie miał już wątpliwości, że jest w łóżku.
– Co ci się śniło? – Słona obracała się na bok i podpierała policzek dłonią. Musiał ją obudzić. – Koszmar?
– Tak. Chyba tak.
– Ten w którym jesteś olbrzymem?
Kiwał głową, chociaż nie miał pewności, czy w ciemności Słona widzi jego ruch.
W snach jama pod podłogą go przerażała, za dnia zaczynała fascynować. Gdy on rozmyślał, Słona spędzała wieczory na balkonie. W upalne dni jeszcze długo po zachodzie słońca beton trzymał ciepło. Siadała wtedy na posadzce, plecy opierała o chropowaty tynk, a kolana podciągała pod brodę. Najpierw wpatrywała się w skrawek różowego nieba ponad wierzchołkami budynków. Gdy okna rozbłyskały i zaczynały wyświetlać cudze życia, Słona rozpoczynała swój seans. Mężczyzna z naprzeciwka jak zwykle gotował. Na czterech palnikach ustawił garnki, buchały z nich kłębiaste chmury, kiedy na chwilę podnosił pokrywki. Nigdy nie widziała, żeby jadł to, co ugotował. Coraz częściej zastanawiała się, czy na pewno jest prawdziwy.
Jak kot obserwujący gołębia – myślał, patrząc na Słoną przez uchylone drzwi balkonu.
Dużo miała z kota. Czasem znikała na noc, a nad ranem boso zakradała się do pokoju. Kiedy kładła się w łóżku, pachniała obcymi miejscami.
– Nie mogłam zasnąć, więc poszłam na spacer – mówiła, aż w końcu przestał zadawać pytania.
Gdy kolejny raz obudził go koszmar o spadaniu, prześcieradło obok niego było chłodne. Leżał przez chwilę, nasłuchując, czy w drzwiach nie zazgrzyta klucz.
Nie widział Słonej od rana. Kiedy o siódmej zadzwonił jego budzik, ona siedziała już w kuchni. Na pokąsane ramiona nakładała białą maść.
– Komary tną na balkonie – powiedziała, zanim zapytał.
Potem już nie rozmawiali.
– Skoczę tylko po sos sojowy – rzuciła, zanim wyszedł do pracy.
Dopiero teraz, leżąc w pustym łóżku, zastanawiał się, czy w ciągu tego dnia była w domu. Sam nie wiedział, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Od jakiegoś czasu byli ze Słoną jak dwie kulki we flipperze. Wprawieni w ruch, odbijali się od mebli i sprzętów, czasem od siebie nawzajem. Ruch bez sensu, nad którym nie mieli kontroli, a który zawsze kończy się tak samo – kulka wpada do otworu na dole planszy.
Odruchowo sięgnął po telefon. W nocy był wypadek na moście, tuż za rogiem. Taksówka przebiła barierki i wjechała do rzeki. W środku był tylko kierowca, rano wyłowili ciało.
Ze znudzeniem odłożył telefon.
Poszedł do łazienki. Odsunął dywanik i zaczął kopać. Obiema rękami, garście ziemi wyrzucał za siebie jak pies. Odpadały kolejne płytki, a on nie przestawał. Kiedy w końcu się zmęczył, w podłodze była dziura o głębokości ponad metra, obok której leżał stos potłuczonych płytek. Usiadł na desce sedesowej i żeby uzupełnić zużytą energię, zjadł czekoladowego batona.
Rano w windzie znów myślał o dziurze, która ledwie mieściła się pod dywanikiem. Piętro niżej wsiadła emerytka bez oka. Wyczekiwał, że się może poskarży, że w jej łazience z sufitu odpada farba, że lampy kołyszą się jak wahadła, gdy on nocami kopie. Cokolwiek, co mogłoby świadczyć, że pod jego łazienką naprawdę ktoś mieszka. Ale sąsiadka nie zwróciła na niego uwagi. Dokładnie oglądała pomazane ściany, jakby czegoś na nich szukała.
– Co byś zrobił na moim miejscu? – spytał kolegę z pracy, opowiedziawszy mu w skrócie swoją historię.
Wybrał go do zwierzeń nie dlatego, że szczególnie się przyjaźnili. Wręcz przeciwnie, byli sobie zupełnie obcy i może właśnie to skłoniło go do szczerości.
Kolega zastanawiał się przez chwilę.
– Uznałbym, że brak mi w życiu stabilnych fundamentów – powiedział w końcu, oglądając jednocześnie ciastka w szklanej witrynie.
Mieli trzydzieści minut przerwy, a od dziesięciu stali przed wystawą cukierni naprzeciwko urzędu. Chciał kupić lukrowany precel. Właściwie nie wiedział, czy to precel, czy obwarzanek, po prostu pączek zwinięty i zawiązany na supeł, więc pokazał palcem. Wpatrywał się w osy uwięzione za taflą szkła. Niektóre beztrosko krążyły wokół pączków, nieświadome jeszcze, że są w pułapce. Biedne, naiwne osy oszołomione cukrem. Te, które już wiedziały, desperacko obijały się o szkło.
Kiedy tego dnia wrócił do domu, Słona jak gdyby nigdy nic siedziała na balkonie. Przez minutę wpatrywał się w jej plecy, rude włosy i pokąsane przez insekty ramiona. W końcu ruszył do łazienki, podniósł dywanik, tak jak podnosi się właz do schronu. Dziura znacznie się powiększyła od poprzedniego wieczoru, nie było widać jej dna. Uklęknął na podłodze, zaświecił telefonem, jednak nie zobaczył nic poza ziejącą czernią. Rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu, omiótł wzrokiem półkę ze szczoteczkami do zębów, ulubiony ręcznik, lustrzaną szafkę. Wreszcie wskoczył do dziury, w ostatniej chwili zaciągając za sobą dywanik.
Wydanie I
- Kategoria: Proza polska
- Seria wydawnicza: Poza serią
- Projekt okładki: Kamil Rekosz
Okładka twarda
- Wymiary: 125 mm × 195 mm
- Liczba stron: 168
- ISBN: 978-83-8396-196-5
- Cena okładkowa: 49,90 zł
- Data premiery: 18 listopada 2025
E-book・Zmartwychwstanki
- ISBN: 978-83-8396-232-0
- Cena okładkowa: 39,90 zł
- Data premiery: 12 listopada 2025