Mieszkając w Wilnie przez cztery lata, często słyszałem narzekania znajomych Litwinów na to, że Polacy w ich kraju ciągle chcą widzieć tylko Wilno, i to tylko wraz z fragmentami związanymi z polskością. Kowno? Kłajpeda? Nie istnieją. Współczesna kultura i sztuka? Podobnie. I nie chodziło im o to, żeby część wspólnej przeszłości wyrzucić na śmietnik. Nic z tych rzeczy. Sugerowali tylko, żebyśmy w końcu zobaczyli Litwę litewską, nie tylko sentymentalno-romantyczną. Myślę, że wielu z moich rozmówców byłoby zadowolonych z książki Dominika Wilczewskiego, bo autor opisał w niej przede wszystkim narodziny litewskiej świadomości narodowej i kształtowanie się nowoczesnej polityki. Nie unikając trudnych tematów, naszkicował obraz państwa, które choć leży blisko, jest nam kompletnie nieznane. Wszystkie rozdziały tego fresku wciągają bez reszty, są świetnie napisane i pełne ciekawych opowieści o znaczących dla Litwy postaciach. Nie słychać tutaj szelestu papieru. Słychać życie. Czasami dramatyczne.