Nastrojowa powieść łącząca pokolenia czytelników Tove Jansson
Melancholijny portret lata na północnej wyspie
Lato, maleńka wyspa na fińskim archipelagu. Miejsce, gdzie„zawsze
wiało, to z jednej, to z drugiej strony. Rezerwat dla kogoś, kto pracuje, dziki
ogród dla kogoś, kto rośnie, a poza tym tylko dni, które łączą się z dniami wraz z upływającym czasem”. Tam, pośród dzikiego i dziewiczego
krajobrazu, umościł się dom, w którym każde wakacje spędzają mała, rezolutna
Sophia, jej nietuzinkowa babcia oraz nieco wycofany ojciec. Codzienne życie
toczy się w rytmie beztroski: sporadyczne wizyty gości, kapryśna pogoda,
dziecięce przygody, potajemne wyprawy na pobliskie wyspy. Melancholia letnich
dni i nocy miesza się z siłą wyobraźni dziewczynki, a starość zderza z młodością, nadając ton tej ciepłej, rodzinnej historii.
Tove Jansson, wybitna prozaiczka i autorka świetnie znanych Muminków,
zaczerpnęła inspiracje z życia swojego i swoich bliskich, by opowiedzieć o wakacyjnych radościach, snując jednocześnie refleksje nad upływającym czasem.
Jansson pisze bez patosu, za to z ironią i cierpkim poczuciem humoru. „Gdyby
nie szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie zaczęłabym pisać” – mówiła niejednokrotnie.
I właśnie to szczęście emanuje z Księgi lata, która ukazuje się w nowym
przekładzie czterdzieści dwa lata po pierwszym polskim wydaniu.
Talent Jansson polega na tworzeniu narracji, która wydaje się – przynajmniej na pierwszy rzut oka – statyczna, skupiona na pojedynczych momentach, błyskających w ciemności niczym lampki na sznurku [...]. Zdania są proste, a zarazem pełne znaczeń. Lektura przypomina patrzenie w czystą wodę i odkrywanie znienacka jej głębi. Jansson potrafiła dostrzec prawdziwą wielkość naszych małych światów.
Niewiele książek od czasów „Robinsona Crusoe” tak sugestywnie oddaje uroki życia na wyspie jak ta niewielka powieść. Historia chwyta za serce niczym ufna rączka dziecka lub uścisk dłoni starszej kobiety.
Cudownie podnosząca na duchu lektura, przepełniona subtelnym humorem i mądrością. Zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na wyjątkowo piękny styl, ale także przesłanie: życie, podobnie jak lato, to rzecz drogocenna.
Lektura tej książki przyniesie wytchnienie wszystkim tym, którzy czują się przebodźcowani.
Siła tej książki mieści się w prostych scenach, oszczędnych rozmowach i uważnym patrzeniu na codzienność.
„Księga lata” jest więc dla mnie odkryciem, które zachwyciło mnie od pierwszych stron. Przemknęłam przez tą cieniutką książeczkę w jeden dzień i jestem przekonana, że nim lato dobiegnie końca, jeszcze po nią sięgnę.
Są książki, które nie potrzebują setek stron, aby stworzyć cały świat. „Księga lata” Tove Jansson jest jedną z nich. To niewielka objętościowo, ale niezwykle nastrojowa opowieść o lecie, bliskości i prostych chwilach, które z czasem okazują się najważniejsze.
Oto portret beztroskiego życia inspirowany życiem autorki - znajdziemy tu dziecięce przygody, potajemne wyprawy na pobliskie wyspy, portrety natury i refleksje nad upływającym czasem.
[Jansson], pisząca po szwedzku Finka, to wielka, wszechstronna artystka (przecież i malarka), nie tylko kreatorka świata budzących miłość trolli.
O lecie, które nie ma ścisłych ram czasowych. O domu, który dla obcych może być nieprzyjaznym, obcym miejscem, a dla jego mieszkańców staje się schronieniem przed całym światem. O bliskości, która opiera się o szczerą postawę oraz wzajemny szacunek. [...] To książka, do której chce się wracać – na wyspę, na której nic nie trzeba i wszystko wolno.
To fantastyczna książka o trzech bohaterkach: babci, Sofii i wyspie. Ale jest też piękną opowieścią o tym, jak obie, mała dziewczynka i starsza kobieta, uczą się siebie nawzajem.
[...] te krótkie opowiadania potrafią wciągnąć z pełna siłą, przenosząc nas w świat letniej nudy, dziecięcej beztroski, codziennych fascynacji i drobnych dramatów. Historia emanuje zwykłym codziennym szczęściem, które bierze się nie z wygody, skrupulatnie opracowanego planu zajęć, wymyślnych atrakcji, lecz z całkowitego zanurzenia się w życie. W tym sensie „Księga lata” może stać się podręcznikiem przechodzenia przez dzieciństwo, ale też mierzenia się z nostalgią, starością i kurczącym się czasem.
Czy można napisać książkę o dziewczynce i starszej pani, która nie będzie infantylna? Jansson to potrafi. To merytoryczna lekcja stoicyzmu, w której babcia uczy wnuczkę, że natura bywa okrutna, śmierć jest częścią życia, a największą wartością jest niezależność myślenia.
Są książki, które zamiast głośnej akcji oferują spokój, wyciszenie i uważne spojrzenie na codzienność. Dokładnie taka jest „Księga lata” Tove Jansson, wydana nakładem Wydawnictwo Czarne nastrojowa powieść ukazująca się w nowym przekładzie, czterdzieści dwa lata po pierwszym polskim wydaniu.
Nic spektakularnego, widowiskowego — nie mylić z pięknym — się u Tove Jansson nie wydarza. Są tylko drobne chwile, zgrabnie opowiedziane momenty, błyski codzienności. Ale im dłużej obcuje się z tą książką, tym bardziej dochodzi się do wniosku, że na tym właśnie polega nasze życie. I na tym, finalnie, zwykły koncentrować się nasze wspomnienia.
To idealna książka na wakacje, niezależnie od tego, czy jest się na urlopie, czy wraca po długim dniu pracy do domu. Kolejne strony przenoszą daleko na północ, gdzie rytm dnia wyznaczają wschody i zachody słońca oraz zmienna pogoda.
[T]o uniwersalna opowieść o życiu, o naszym miejscu w świecie i o tym, jak wiele daje nam natura, jak uczy nas przemijania, utraty i odradzania się. Ale też, poza wszystkim, jest to książka przepełniona humorem — delikatnym, chwilami absurdalnym, nienachalnym, w iście skandynawskim stylu.
„Gdyby nie szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie zaczęłabym pisać” - mówiła autorka, i kiedy czytamy jej prozę, całkowicie jej wierzymy.
Naprawdę nie wiem, czy znajdziecie lepszą książkę na lato niż opowieść Tove. Jest to historia tak urocza, zabawna, wzruszającą, że skończywszy ją, mam ochotę obdarować książka wszystkich, których kocham.
Skromne, niepozorne arcydzieło, być może najlepsza książka w całym dorobku Jansson, autorki kojarzonej przede wszystkim z „Muminkami”.
Nie ma dynamicznego rozwoju akcji i zjawiskowych wydarzeń. Zjawiskowa jest tam natura. I piękno wspomnień, które wracają, jak pory roku.
Nigdy bym nie przewidziała, że jako fanka książek autofikcyjnych zachwycę się opowieścią o wysepkach, mchu i relacji babci z wnuczką. A jednak. Jansson to porywająca opowieść o tym, co najważniejsze, o miłości i śmierci, ale napisana tak, że nawet się w tym od razu nie połapiecie.
Jest to krótka, lecz fantastyczna powieść opisująca przygody małej Sophii oraz jej babci. Jest lato, więc przebywają na jednej z wysp na szkierach u wybrzeży Finlandii, w rodzinnym letnim domku. Wspólnie bawią się, odkrywają nowe miejsca, doświadczają różnych, czasem trudnych, emocji i uczą się siebie nawzajem. Wielokrotnie przeżywają wielkie wyzwania i łamią zasady.
Słowo „księga” w tytule jest zwodnicze, bo w rzeczywistości to 160 stron migawek z letniej codzienności małej Sophii, jej niezwykłej babci i prawie nieobecnego ojca. Gorące miesiące spędzają na maleńkiej wysepce, z dala od wszystkiego. Dzięki precyzyjnym opisom można poczuć zapach igliwia, usłyszeć szum gwałtownego deszczu, zobaczyć błysk słońca w wodzie płynącej między skałami.
Pogodna, dająca otuchę i wielką czytelniczą przyjemność opowieść, w której lato jest czasem dziecięcej beztroski, przygód, rozmów o sprawach błahych i ostatecznych.
„Księga lata” zauroczyła mnie swoją melancholijnością i refleksyjnością. [...] Zafascynowała mnie, opisana przez autorkę, nieokiełznana potęga natury północno-wschodniej części Morza Bałtyckiego, jego majestatyczność i groźne piękno.
Tove Jansson w tej książce osoby czytające stara się wyciągać z rozkołysanych wód życiowych, przepełnionych łoskotem. Stawia je na pewnym szkierze, wysepce na krańcach archipelagu w Zatoce Fińskiej. I choć na niej więcej jest surowości niż czegoś łagodnie rajskiego, wydaje się, że lepiej można nauczyć się spokojniej oddychać i patrzeć uważniej.
To proza pozornie kameralna, a zarazem niezwykle uniwersalna. Opowiada o rodzinnych więziach, akceptacji przemijania i sile codziennych doświadczeń, przypominając, że najważniejsze historie często rozgrywają się w ciszy, z dala od wielkich wydarzeń. Lektura idealna na sierpniową, upalną pogodę. Ale oczywiście nie tylko.
Lato zawsze przemija, ale lato też zawsze wraca. Jest w tej prozie znakomicie uchwycony czas, który nieuchronnie odchodzi w przeszłość, ale i ma w sobie zapowiedź samoodnowienia. Intrygujące!
Tę książkę łatwo pokochać, szczególnie jeżeli miało się wcześniej kontakt z Jansson i jej niezwykłymi światami, przytulnymi, pełnymi akceptacji, ale wolnymi od dusznej czułostkowości.
Tove Jansson, bez skomplikowanej akcji i mnóstwa wątków, za sprawą trójki zwyczajnych bohaterów i surowej skandynawskiej enklawy podkreśla bowiem, że w życiu nie potrzeba wielkiej dramaturgii i zwrotów akcji, by dostrzec, że życie jest trwaniem i nieustającym stanem zawieszenia, które wcześniej czy później dobiega końca.
[„Księga lata”] nie epatuje wielkimi wydarzeniami ani dramatycznymi zwrotami akcji. Zamiast tego oferuje coś znacznie cenniejszego - mądrość płynącą z codzienności, uważnego patrzenia na ludzi i naturę oraz umiejętność dostrzegania piękna w najprostszych chwilach.
„Księga lata” to relaksująca, kojąca lektura.
„Księga lata” Tove Jansson (tej od Muminków) to dobra lektura na jesień.
Zachwyciła mnie delikatność tej książki, piękno poetyckich, rozświetlonych obrazów, które stanowiły tak pożądaną przeze mnie odmianę. W prozie Tove Jansson jest coś z magii.
W czym tkwi sekret tej na pozór skromnej książki, która od kilku pokoleń porywa serca czytelników na całym świecie? Jansson [...] kreuje świat pełen ciepła i niezwykłych przygód pośród surowych krajobrazów wyspy [...]. Dzięki jej kojącej książce każdy z nas może się na niej znaleźć choć na chwilę i przypomnieć sobie, jak pachniała letnia przygoda, gdy było się dzieckiem.
Obraz dzieciństwa i starości, które kreśli Jansson - ich niezwykłego pokrewieństwa - jest tu genialnie przyszpilony.
„Księga lata” zachęca, by zatrzymać się na moment i spojrzeć na świat oczami dziecka oraz osoby u schyłku życia, przypominając o wartości codziennych przeżyć i sile rodzinnych więzi. To pozycja, która pozwala zachować odrobinę letniego światła nawet w najbardziej pochmurne dni.
Opowiadając w „Księdze lata” o beztroskiej codzienności, dziecięcych zabawach i rodzinnym cieple, [Jansson] snuje refleksje nad upływającym czasem, nie stroniąc od cierpkiego poczucia humoru.
Tove Jansson napisała w formie urzekających naturalnością letnich opowiadań traktat filozoficzny o życiu, śmierci i przemijaniu.
Po drugiej stronie wyspy, za skałą, był pas martwego lasu.
To tutaj dął silny wiatr i las przez wieki próbował rosnąć wbrew sztormom,
dzięki czemu zyskał osobliwy wygląd. Kiedy przepływało się obok łodzią, było
oczywiste, że wszystkie drzewa uchylały się przed wiatrem i supłały, a wiele z nich się płożyło. Z czasem pnie pękały albo murszały i padały, martwe wspierały
albo miażdżyły te, które miały jeszcze zielone wierzchołki, a wszystkie razem tworzyły
jedno wielkie kłębowisko niesfornej uległości. Ziemia błyszczała od brązowych
igieł, ale nie tam, gdzie świerki postanowiły się płożyć, zamiast stać, ich
zieleń rosła w czymś w rodzaju rozbuchanej wściekłości, wilgotna i lśniąca jak
w dżungli. Las nazywano lasem duchów. Uformował się sam, powoli i z mozołem,
równowaga między przetrwaniem a samounicestwieniem była tak krucha, że każda
najmniejsza zmiana była nie do pomyślenia. Wycinka albo usunięcie powalonych
pni mogły doprowadzić do zagłady lasu duchów. Za tym gęstym murem ochronnym nie
wolno było osuszać mokradeł ani niczego nasadzać. W głębi, pod gąszczem, w wiecznie ciemnych dziuplach i norach mieszkały ptaki i małe zwierzęta, przy
spokojnej pogodzie można było usłyszeć szelest skrzydeł albo szybki ślizg
łapek. Te zwierzęta nigdy się nie pokazywały.
Na samym początku rodzina próbowała spotwornić las duchów. Z okolicznych wysp zwieźli kłody i suche krzaki jałowca, wielkie okazy
zwietrzałego i wyblakłego piękna, i przeciągnęli je przez wyspę. Połamały się i popękały, zostawiając za sobą puste szerokie drogi do miejsca ich
przeznaczenia. Babcia widziała, że nie jest dobrze, ale się nie odzywała.
Uprzątnęła łódź i czekała, aż rodzinie znudzi się las duchów, i potem weszła
tam sama. Powoli przelazła obok oczka wodnego i paproci, a kiedy się zmęczyła, położyła
się na ziemi i patrzyła w niebo przez sieć szarych porostów i gałęzi. Na
pytanie, gdzie była, odpowiedziała, że chyba na chwilę się zdrzemnęła.
Po drugiej stronie wyspa zmieniła się w park ładu i piękna.
Kiedy ziemia była przesiąknięta wiosennym deszczem, wysprzątano ją do ostatniej
gałązki, a od cypla do cypla i w dół na plażę prowadziły jedynie wąskie ścieżki.
Tylko chłopi i letnicy chodzą po mchu. Nie wiedzą, co można im powtarzać w nieskończoność, że mech jest czymś najdelikatniejszym, co istnieje. Wejdzie się
tam raz i mech podniesie się na deszczu, ale za drugim razem się nie podniesie,
a za trzecim umrze. Podobnie jest z edredonami. Kiedy trzeci raz zostaną
wypłoszone z gniazda, nigdy więcej nie wrócą. Tak jakoś w lipcu mech zwykł się
przyozdabiać długimi, delikatnymi łodyżkami trawy. Kłoski otwierały się w identycznej odległości od ziemi i razem kołysały się na wietrze jak łąki na
lądzie, i wtedy całą wyspę spowijał ledwie widoczny cieplny welon, który po
tygodniu znikał. Nic nie sprawiało równie silnego wrażenia niewinności i dziewiczości.
A w lesie duchów siedziała babcia i strugała dziwne zwierzęta.
Wycinała je z gałęzi i kawałków drewna, robiła im łapy i twarze, ale ich wygląd
był tylko sugerowany, nigdy zbyt dosłowny. Zachowywały swoją drewnianą duszę, krzywizny
pleców i nóg miały własną niedocieczoną formę, stanowiącą część tego
zbutwiałego lasu. Czasami babcia wycinała je bezpośrednio w pniaku albo w pniu.
Jej drewnianych zwierząt przybywało. Były przyczepione do drzew albo siedziały
na nich okrakiem, opierały się o pnie albo zapadały się w ziemię, z wyciągniętymi ramionami grzęzły w mokradle albo leżały zwinięte obok korzenia i spały. Czasami były tylko profilem w cieniu, a czasami – dwa albo trzy razem –
były pochłonięte bójką albo miłością. Babcia strugała tylko w starym drzewie,
które miało już swój kształt, to znaczy szukała i wybierała takie, które wyrażało
to, co chciała.
Raz znalazła w piasku duży biały kręg kręgosłupa. Był za
twardy do obróbki, ale trudno byłoby o piękniejszy, więc położyła go w lesie
duchów w niezmienionej postaci.
Znalazła więcej kości, białych i szarawych, wszystkie przyniesione
przez morze.
– Co robisz? – spytała Sophia.
– Bawię się.
Sophia wślizgnęła się do lasu duchów i oglądała wszystko, co
zrobiła babcia.
– Czy to wernisaż?
Ale babcia powiedziała, że to nie ma nic wspólnego z rzeźbą,
że rzeźba to zupełnie coś innego.
I razem zaczęły zbierać kości na brzegu.
Szukać i zbierać to nie to samo, dlatego że trzeba
wypatrywać tylko tego, czego się szuka. Jeśli zbiera się borówki, widzi się
tylko to, co czerwone, a kiedy się szuka kości, widzi się tylko to, co białe.
Gdziekolwiek się pójdzie, nie widzi się nic prócz kości. Czasami są cienkie jak
igła, niesamowicie delikatne i kruche i trzeba je nieść z największą ostrożnością.
Czasami są to duże, grube kości udowe albo klatka piersiowa, przysypane
piaskiem, podobne do wręgów wraku. Istnieją tysiące kształtów i każda kość ma własną
strukturę.
Sophia i babcia znosiły wszystko, co znalazły, do lasu duchów,
dokąd zazwyczaj chodziły o zmierzchu. Ziemia pod drzewami została udekorowana
białymi arabeskami jak językiem migowym i kiedy wzór był gotowy, siedziały i trochę rozmawiały, i słuchały ruchu ptaków w gęstwinie. Raz wyfrunął cietrzew,
innym razem widziały malutką sowę. Siedziała na gałęzi, sylwetka na tle
wieczornego nieba. Nigdy wcześniej sowa nie odwiedziła wyspy.
Któregoś ranka Sophia znalazła nieuszkodzoną czaszkę dużego
zwierzęcia, sama ją znalazła. Babcia sądziła, że to czaszka foki. Schowały ją w koszu i czekały do wieczora. Słońce zachodziło na czerwono, zewsząd na wyspę
spływało światło, nawet ziemia poczerwieniała. Położyły czaszkę w lesie duchów,
leżała tam i świeciła wszystkimi zębami.
Nagle Sophia zaczęła krzyczeć.
– Zabierz ją! Zabierz!
Babcia natychmiast przytuliła wnuczkę i uznała, że najlepiej
nic nie mówić. Po chwili Sophia zasnęła, a ona zastanawiała się nad zrobieniem
domku z pudełek po zapałkach na plaży i w krzewinkach jagód za domem. Można byłoby
zrobić kładkę i okna ze srebrnego papieru.
I tak drewniane zwierzęta znikały w swoim lesie. W miarę
upływu czasu arabeski zapadły się w ziemię i zzieleniały od mchu, a drzewa
wpadały sobie w coraz mocniejsze objęcia. O zmierzchu babcia często chodziła sama
do lasu duchów. A w środku dnia siadała na schodkach werandy i robiła łódeczki
z kory.
Strona używa plików cookies zgodnie z polityką prywatności. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.