Łukasz Garbal, Wańkowicz. Życie na kraterze
- Kurier
- 11,79 zł
- paczkomat
- 13 zł
- poczta
- 12 zł
- odbiór osobisty (Warszawa)
- 0 zł
- pliki
- 0 zł
Pisarz, reporter, korespondent wojenny, komentator społeczny. Podróżnik, uchodźca, dysydent. Marketingowiec, copywriter, influencer, celebryta. Do opisania Melchiora Wańkowicza można użyć każdego z tych określeń.
Urodzony pod koniec XIX wieku, widział, jak dawny świat bezpowrotnie znika – a potem obserwował to znów i znów, kiedy przetaczały się kolejne dziejowe burze. Za każdym razem jednak potrafił odnaleźć się w odmienionej rzeczywistości. Był człowiekiem zaskakująco nowoczesnym. W dwudziestoleciu ostrzegał przed wojną hybrydową i apelował o wykorzystanie soft power na wschodnich rubieżach kraju. Dostrzegał zagrożenia płynące z dezinformacji, choć sam wykorzystywał ją w kampaniach marketingowych („Cukier krzepi!”). Nieustannie kreował własny wizerunek, starannie dawkując fakty z prywatnego życia. I cały czas pisał, poszukiwał sposobów na to, by opowiedzieć o otaczającym go świecie, dotrzeć do czytelników.
Pozostawił po sobie bogactwo źródeł: zdjęć, listów, relacji, wielokrotnie przepisywanych tekstów. Dla jego biografa to zarazem błogosławieństwo – i przekleństwo. Przedarcie się przez gąszcz faktów i mitów, półprawd, plotek i zmyśleń było gigantycznym wyzwaniem.
Książka Łukasza Garbala to biografia totalna, której Wańkowicz jeszcze nie miał, a na którą bez wątpienia zasługuje.
Partnerem wydania jest Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza
-
Jest to lektura fascynująca, na nieprzespaną noc, i wybitne dokonanie w dziedzinie biografistyki.
-
Kto przeszedł przez życie czytając Wańkowicza, fascynując się jego pisaniem, ten w „Życiu na kraterze” znajdzie rewelacyjne uzupełnienie lektur. Być może po raz pierwszy spojrzy inaczej na zapisane w pamięci książki, a raczej wrażenia po nich. Kto Wańkowicza nie czytał może go poznać jako osobę bardzo nam współczesną, wyprzedzającą swoje czasy.
-
Wypada – i warto zarazem – podkreślić ogrom pracy badawczej autora. Widocznej również poprzez moc przypisów. Jestem przekonany, że niejeden z nich zawiera w sobie potencjał reporterski.
Przeczytaj fragment ZamknijŁukasz Garbal
Wańkowicz
Życie na kraterze
fragment
W Marcu 1968 Wańkowicz z jednej strony starał się dystansować, z drugiej – znowu podejmował ryzyko. Wciąż teoretycznie skazany i z nieunormowaną sprawą obywatelstwa, razem z kilkoma pisarzami podpisał list w obronie dwóch studentów relegowanych za protesty przeciwko zdjęciu z afisza Dziadów w Teatrze Narodowym. Sygnatariusze listu stwierdzali, że studenci – Adam Michnik i Henryk Szlajfer – dowiedli swoim sprzeciwem postawy obywatelskiej[1]. Inicjatywa pisarzy da asumpt do oskarżania środowiska literackiego o „manipulowanie młodzieżą”. Kisielewski zostanie pobity przez „nieznanych sprawców”…
Marzec 1968 jako zjawisko zaczął się wcześniej, ale to właśnie ten miesiąc najbardziej kojarzy się z brutalną rozprawą z inteligencją i osobami pochodzenia żydowskiego. Najbardziej dotkliwe konsekwencje poniosły właśnie osoby o korzeniach żydowskich, także te, które w żaden sposób nie kultywowały swojego dziedzictwa. Znalazło się wielu ludzi, którzy chcieli robić kariery poprzez utrącanie konkurentów jako rzekomych „syjonistów” (tym słowem wytrychem maskowano zwyczajny antysemityzm). „Literaci do pióra”, „Studenci do nauki”, „Syjoniści do Izraela” – głosiły transparenty.
Te propagandowe slogany, połączone z hasłem „Niech żyje Władysław Gomułka”, były wezwaniem do milczenia i posłuszeństwa wobec władzy. Wańkowicz nie zwykł siedzieć cicho, nie byłby jednak sobą, gdyby nie wpadł na pomysł, by w czasie antysemickiej kampanii zaproponować wydanie… książki o Żydach.
Myśląc w kategoriach kolejnego bestsellera, pisanego podatną na manipulacje metodą „kontrastów”, nie brał pod uwagę zagrożenia, że książkę łatwo dałoby się wykorzystać przeciwko Polakom pochodzenia żydowskiego. Czyżby nie pamiętał już kontrowersji związanych ze swoimi żydowskimi tekstami drukowanymi u Giedroycia?
Trudno stwierdzić, jaką wersję książki chciał wydać – czy tę nazwaną Posłannictwo i obcość (prezentującą autorskie spojrzenie na diasporę żydowską), której kopia została wtedy lub później przejęta przez SB[2], czy całość prac na ten temat, pisanych od czasu pobytu w Palestynie w trakcie II wojny światowej. Niewątpliwie jednak taka książka łatwo mogłaby być wykorzystana w antysemickiej kampanii. „Żydzi rządzą omal bez reszty życiem kulturalnym Polski – pisał przecież w liście w lipcu 1961 roku – i każdy rozsądny człowiek przyzna, że taki monopol to nie jest zdrowy objaw”[3]. Takie wyrwane z kontekstu zdania byłyby perełką dla antysemickich hejterów.
Nie wiemy, dlaczego do publikacji nie doszło. W tym samym czasie, ale dopiero dzięki wsparciu dwóch partyjnych decydentów – wspominanego już Kraśki oraz Aleksandra Syczewskiego – możliwe stało się wznowienie w kwietniu 1968 roku Tworzywa[4].
Paradoksalnie to właśnie w okolicach Marca zaczęły ukazywać się nowe książki Wańkowicza[5]. Wyszły wówczas jego nowa bajka dla dzieci[6], pierwszy z tomów trylogii amerykańskiej oraz wybór felietonów Zupa na gwoździu. W liście do Lechnickich, ponownie prosząc o przyjęcie oferowanej im od dwunastu lat pomocy materialnej, Melchior pisał: „[…] poczynają wychodzić moje książki (półtora roku nie mogłem zarobić ani grosza) i dzięki Bogu znów zarabiam więcej, niż tego nam potrzeba i na pokrycie wszystkich naszych potrzeb, i na leczenie”[7].
Jesienią Wańkowicz zamieścił w „Polityce” serię wspomnień w pięćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości[8] – to teksty tym ważniejsze, że chwilę wcześniej władza próbowała zawłaszczyć historię odzyskania niepodległości. Pisarz próbował pokazać wielość i równorzędność nurtów ideowych, pośród których – jak można było wywnioskować z jego tekstów – komunizmu wcale nie uważał za najważniejszy we współczesnej historii Polski. Lead pierwszego tekstu głosił: „[…] potok dziejów składa się z wielu strumieni i cieszę się nasileniem prądu w każdym z nich”.
Ciężka praca po Marcu przyniesie w efekcie wańkowiczowskie opus magnum. Rok później jego żona pisała w liście, że skończył „książkę 1060-stronicową o pisaniu reportaży; wszyscy się zachwycają i przyjmują felietony z niej”[9]. Chodziło oczywiście o Karafkę La Fontaine’a, której pierwszy tom ukaże się jednak dopiero trzy lata później.
Wododział z Kolorado
Tymczasem w 1969 roku Zofia odliczała czas do wizyty córki: „Tili przyjedzie w połowie września. Może i Janek?”[10]. Nie doczekała tego spotkania – zmarła 20 maja.
Melchior bardzo ciężko zniósł jej śmierć. Wysłał do córki przepełnioną czułością i smutkiem oraz fizjologicznymi detalami relację o odchodzeniu żony, przeznaczoną tylko dla najbliższych osób[11]. Jednocześnie swoim uczuciom dał upust w postaci wysyłanej w odpowiedzi na kondolencje karty z podziękowaniami. Wydrukowane na niej słowa ujawniają to, co zwykle chował pod literacką maską: dziękował czytelnikom, „którzy pod bezfrasobliwym tekstem książek zrozumieli, że to o towarzyszu życia kochanym, potrzebnym, koniecznym […]. Dziękuję, całym sercem dziękuję za Króliczka. Ale go już nie ma”[12].
W pewnym sensie Melchior żegnał się z Zofią także w scenie w jednym z reportaży amerykańskich, gdzie opisywał swoją maskowaną żartami troskę o jej zdrowie, po tym, jak w sierpniu 1957 roku w Kolorado na wysokości dwóch tysięcy ośmiuset metrów nad poziomem morza zasłabła z powodu wysokiego ciśnienia[13].
„Przełęcz Króliczych Uszu”, o której pisał Wańkowicz, nie była tylko aluzją do rodzinnego przezwiska Zofii: Rabbit Ears Pass faktycznie istnieje – wiodła tamtędy droga na Wschodnie Wybrzeże; z jednej strony wody płynęły na Zachód, z drugiej na Wschód. Ten gwałtowny zjazd z Przełęczy Króliczych Uszu stanowił także punkt zwrotny dla samych Wańkowiczów: nie wrócili już stamtąd do Kalifornii, tylko pojechali w stronę córki i wnuczek, a później do kraju. Melchior w książce skrócił jednak sto dwadzieścia mil, ponad dwie godziny drogi, do jednej chwili szybkiego zjazdu na znośniejszą wysokość (choć i tak dwa razy wyższą niż w Zakopanem).
Troskę o żonę oczywiście skrywał za ironią i sarkazmem, nazywając ją „Królikiem” i opisując, jak uruchamiał maszynę grającą, by Zofia zaczęła zrzędzić, co stanowiłoby ostateczne potwierdzenie, że kryzys minął.
Wrócili do Polski, do mieszkania na piątym piętrze z często niedziałającą windą. Po powrocie stan zdrowia Zofii zaczął się pogarszać z roku na rok. Od trzydziestu lat chorowała na woreczek żółciowy, w 1962 roku zdiagnozowano u niej cukrzycę, rok później poważną chorobę serca[14]. Doktor dawał jej tylko dwa lata życia – a było to niedługo przed aresztowaniem męża. Melchior pilnował, by miała przy sobie tabletki z nitrogliceryną, konsultował się z najlepszymi lekarzami, co dzień starał się wychodzić z nią na krótkie spacery.
Już kilka lat przed śmiercią stan Zofii był bardzo poważny. 2 czerwca 1966 roku stwierdzono u niej stan przedzawałowy i trafiła do szpitala. Melchior po dwóch tygodniach zabrał ją do pensjonatu nad Liwcem; był tam przy niej osiemdziesiąt dwa dni bez przerwy. Pensjonat wraz z początkiem roku szkolnego przestał działać, ale mąż chciał jak najdłużej chronić żonę przed powrotem „na nasze piąte piętro” i wymógł na właścicielce, by pozostali tam sami. Doszło jednak do raptownego pogorszenia stanu zdrowia Zofii, narastały jej problemy z pamięcią.
Jakaś klamra – jak w kamienicy z Ziela na kraterze, z chorującymi córeczkami, z walką o powietrze i słońce… „Wszystkie jakie można zabiegi” – pisał Wańkowicz w osobistym liście. We wrześniu 1966 roku nastąpiły dni, tygodnie, miesiące walki o życie żony. Wańkowicz pisał córce o entuzjastycznych czytelnikach, którzy starają się pomóc, i o sobie – że musi walczyć z cenzurą o sześć wstrzymanych rozdziałów Zupy na gwoździu. Robił, co mógł, by ratować żonę: załatwił sanatorium w Nałęczowie, założył dzwonek przy jej łóżku, żeby mogła zadzwonić do jego gabinetu, do sąsiadów, po trzeciej nigdy nie wychodził z domu. Mimo licznych lekarskich konsyliów poprawa nie następowała. Najlepszy warszawski kardiolog powiedział w końcu: „[…] niech pan jej nie męczy, nie ma tu miejsca na żadną rehabilitację”.
Dwa lata oczekiwania na śmierć – napisze później ojciec do córki i doda, że paradoksalnie były to ich lata najszczęśliwsze. Zofia czasem „śpiewała cały dzień, bo wiedziała, jak kocham jej głos”. Melchior wyznawał w liście do Marty, że to właśnie ona nauczyła go „kochać dzieci, zwierzęta, rośliny”.
Zatrudnił wówczas sekretarkę-asystentkę, która przejęła większość obowiązków wcześniej wypełnianych właśnie przez Zofię.
Wtedy też walczył z hejterami w służbie władzy – a jednocześnie zdawało się, że im wierzył gdy atakowali jego kolegę. O tym, co działo się w sferze domowej, nie wiedział nikt oprócz najbliższych.
W połowie maja 1969 roku, mimo najlepszej domowej opieki, Zofia została przewieziona do szpitala. Trwał akurat kiermasz książki – Wańkowicz musiał podpisywać naszykowane egzemplarze, w tym W pępku Ameryki, gdzie – jak pisał córce – „jest dużo bezfrasobliwie o Zosi. Ciężka to będzie konfrontacja dla czytelników, chyba jednak zrozumieją”.
Zofia zdążyła jeszcze zobaczyć świeży egzemplarz tej książki, w której opisany jest ów zjazd z Przełęczy Króliczych Uszu. Z kolei w dniu śmierci żony Melchior musiał zatwierdzić korektę zbioru Od Stołpców po Kair: to był ostatni możliwy termin, jego przesunięcie mogło skutkować opóźnieniem książki nawet o rok (terminy drukarni oraz konieczność uzyskania nowych zezwoleń cenzury).
Starsza od Melchiora o półtora roku, zmarła osiem dni przed swoimi siedemdziesiątymi dziewiątymi urodzinami.
On zaś, żeby nie upaść, ponownie zaczął pędzić. Tym razem – w przeszłość. Aby ocalić jak najwięcej z zatrzymanych przez cenzurę tekstów, próbował przemycać je w zbiorach swoich felietonów. Z tego też powodu jeszcze bardziej niż dotąd mieszał fikcję z reportażem, starając się przepuścić przez cenzuralne filtry usunięte wcześniej fragmenty z powieści, co pokazuje zachowana korekta jednego z tych zbiorów, w którym zamieścił obszerne urywki zakazanego w PRL Drogą do Urzędowa[15].
Współpracował wówczas między innymi z autorem książki pożyczonej mu w 1965 roku przez Gomułkę, Stefanem Kozickim, z historykami Andrzejem Garlickim i Andrzejem Chojnowskim, z polonistą Andrzejem Z. Makowieckim.
Szło jak po grudzie – jeden ze zbiorów Wańkowicza wydawnictwo pierwotnie odrzuciło w całości, autor miał też problemy z dotarciem do swoich dawnych tekstów, o pomoc prosił ówczesnego redaktora naczelnego londyńskich „Wiadomości” Michała Chmielowca oraz kuzyna Karola (i uparcie chciał mu zapłacić)[16].
Wydawał kolejne tomy trylogii amerykańskiej, wznowienia, przeróbki.
I rzecz niesamowita – trzy wielkie tomy Bitwy o Monte Cassino skondensował do postaci wąskiego notesiku, wydanych w popularnonaukowej serii Omega Szkiców o Monte Cassino[17]. Pisał tam o samej bitwie, bez kontekstu i fotografii, ale nawet tutaj ocalił nazwisko Andersa oraz uwagi o niedocenianej roli logistyki. To pokazuje, jak istotne były to dla niego fakty.
Wciąż utrzymywał dyskretną łączność z MaisonsLaffitte, choć nie widać tego w wydanej korespondencji z Giedroyciem, bo kontakt odbywał się nie wprost, lecz przez pośredników. Kilka miesięcy po śmierci Zofii, 4 września 1969 roku, poleciał do Londynu. Do Polski wrócił dwadzieścia dni później (przez Francję, gdzie spędził kilka dni z córką[18], ale zapewne spotkał się także z zespołem „Kultury”).
Traktował tę podróż – którą we wniosku o paszport uzasadniał wizytą w British Museum i odwiedzinami u córki – jako okazję do spotkania ze znajomymi, którzy zostali na emigracji. Pisał do organizującego mu pobyt kuzyna Karola, że chciałby rozmawiać z każdym, z kim był w wojsku, jeśli te osoby jeszcze żyją i nie uważają go za zdrajcę, wymieniając „Sulika, Ducha, Rudnickiego, Kopańskiego i kogo tam jeszcze…”[19]. Znać było znużenie w słowach o ewentualnym spotkaniu z działaczami emigracyjnymi: „Politykierów? – Mam trochę do tego odrazy, ale to rola pisarza widzieć, co się tylko da. Wątpię, czy zechcą”[20].
Wielu z emigrantów jednak chciało – choćby redagujący wówczas „Wiadomości” Michał Chmielowiec czy przywódca jednego z dwóch odłamów PPS Adam Ciołkosz; Wańkowicz odwiedził też Antoniego Zalewskiego w klasztorze kartuzów w Parkminster[21]. Wracając, przywiózł zaś kilka książek wydanych przez „Kulturę”[22].
W Wigilię Józef Czapski prześle mu niepodpisaną kartkę z podziękowaniem za książkę oraz grzyby, które wykorzystano w MaisonsLaffitte do przygotowania świątecznego barszczu[23].
W kuźni kadr PRL krytykuje cenzurę
Po tej podróży zaprosił do siebie – jak to określił Stefan Kisielewski – „towarzystwo akurat na pięć lat ciupy”, czyli ludzi z nielicznej wówczas opozycji, takich jak Jasienica, Lipski, Olszewski czy właśnie Kisielewski[24].
Nie chował się bynajmniej w domu – chociaż nadal ciążył na nim obowiązujący wyrok więzienia w związku z protestem przeciw cenzurze, to na spotkaniach z czytelnikami nie wahał się mówić otwarcie, że uważa ją za „hamulec postępu prawdziwej twórczości” i „czynnik, który zubaża kulturę narodową”[25].
Wskazywał studentom, że działalność cenzury wpływa na kulturę, bo do „kotła” kultury narodowej trafiają dzieła przez nią „spreparowane” – „a przez to mierne”, co sprawia, że kultura staje się „bura”.
Żartował, że kiedy redaktor „Argumentów” zaproponował mu napisanie artykułu, obiecując honorarium w normalnej wysokości także w przypadku odrzucenia tekstu przez cenzurę, „zaoferował mu lepszy interes: redaktor niech mu zapłaci tylko połowę stawki, a on nie napisze żadnego artykułu”. Żalił się też na losy swojej niewydanej „książki o Kennedym, nad którą pracował 6 tygodni bez wytchnienia” – i ponownie żartował, że widocznie nie jest taki groźny, skoro został wypuszczony do Paryża, chociaż teoretycznie ma zakaz opuszczania Warszawy i trzyletni wyrok więzienia.
Mówił, że rozumie, iż cenzura musi istnieć – ale nie w takim stopniu. Akcentował też rolę Polski jako pomostu między Wschodem a Zachodem (a zatem nie tylko jako satelity Sowietów).
Jego słowa były tym mocniejsze, gdy uświadomimy sobie, do kogo były adresowane i kiedy zostały wypowiedziane – dwa lata po zdławieniu protestów studenckich przeciw zdjęciu z afisza Dziadów krytykował cenzurę na spotkaniu ze studentami Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (wcześniej i później: Szkoła Główna Handlowa) – a zatem z przyszłymi kadrami menedżerskimi PRL. Jednym z obecnych na spotkaniu był Grzegorz Kołodko, który na przełomie XX i XXI wieku zostanie wicepremierem i ministrem finansów.
Ciekawość aż po grób?
To wówczas Wańkowicz zaczął uparcie dopytywać chorującego już Jasienicę, czy w rzucanych wobec niego oskarżeniach jest coś z prawdy.
Jak już wiemy, Jasienica wspierał Wańkowicza w trakcie jego procesu, a na przyjęciu z okazji pięćdziesięciolecia małżeństwa Wańkowiczów w lutym 1966 roku wygłosił toast-przemówienie o literackich walorach jego pisarstwa. Można było odnieść wrażenie, że są bliskimi przyjaciółmi – i tym właśnie Wańkowicz trzy tygodnie przed własną śmiercią, wracając ze mszy w rocznicę śmierci Jasienicy, będzie tłumaczyć sekretarce swoje ówczesne postępowanie:
[…] poszedłem nie tyle jako reporter, choć ciekawość była motorem moich wielu poczynań, poszedłem jako przyjaciel do przyjaciela. Chciałem, by mi opowiedział, jak on na to patrzy, na to pomówienie, by mi opowiedział o tym okresie. Uważam, że jeżeli ktoś na mnie by rzucił publicznie oskarżenie, to przyjaciele moi nie nabraliby wody w usta, tylko przyszli, by porozmawiać – skąd się takie świństwo wzięło. Ponieważ był moim przyjacielem, wiedziałem, że sam mi szczerze opowie[26].
Na fotografiach z pogrzebu Jasienicy w sierpniu 1970 roku widać zmęczonego Wańkowicza o wychudłej twarzy. Chciał nie tylko zademonstrować swoją obecnością wsparcie dla zmarłego, ale też zdobyć i przekazać dalej informacje – nagrywał bowiem przemówienia wygłaszane nad grobem na „amerykański magnetofon dziennikarski”[27].
Nie był jednak jak paparazzo: przemówienia na pogrzebach w tym cenzurowanym świecie stanowiły przestrzeń wolności. Tam paść mogły słowa, których ludzie nie odważyliby się wypowiedzieć w innych okolicznościach. Słowa, które trzeba było zarejestrować, by przekazać je innym, nieobecnym na uroczystości.
Jego wcześniejsze zachowanie wobec Jasienicy było jednak kolejnym powodem niechęci, jaką budził. Odrzucono jego propozycję, że podczas pogrzebu wygłosi jedną z mów. Niezależnie jednak od tego, jak ocenimy zachowanie Wańkowicza przed śmiercią Jasienicy, trzeba zauważyć, że to właśnie on miał namawiać Kisielewskiego do rozpowszechniania przemówienia Jerzego Andrzejewskiego z pogrzebu pisarza[28]. A mowa ta, której fragmenty Andrzejewski wykorzysta w powieści Miazga, była hołdem złożonym Jasienicy i oskarżeniem władz o kampanię nienawiści oraz krytyką polityki kulturalnej.
[1] M. Wyka, Marcowa kultura. Wokół Dziadów, literaci i władza, kampania marcowa, Warszawa 1995, s. 115. List podpisali także Jerzy Andrzejewski, Jacek Bocheński, Mieczysław Jastrun, Paweł Jasienica, Tadeusz Konwicki, Antoni Słonimski, Adam Ważyk.
[2] Zob. IPN BU, 0192/72, t. 9.
[3] AIL, KOR RED Wańkowicz, t. 1, k. 341 (list z 22.07.1961). Zob. JGMW, s. 417–419. List ten Wańkowicz wysłał w czasie, kiedy przebywał w Kalifornii, a cytowane zdanie napisał na marginesie książki Aleksandra Hertza Żydzi w kulturze polskiej, bojąc się, jak pisał, „jego tezy gloryfikującej żydowskich rewizjonistów”.
[4] AAN, zespół 1102, Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, sygn. 1281, odręczna uwaga na wniosku o zgodę na rozpowszechnianie, k. 21.
[5] Po wyroku na Wańkowicza ukazał się wspomniany zbiór Prosto od krowy, wznowiono Ziele na kraterze, teksty autora ukazywały się w antologiach i czasopismach, chociaż nie tak obficie jak wcześniej. Nowe książki, nie wznowienia, zaczęły jednak ukazywać się dopiero pod koniec 1967 roku.
[6] MW, Mądry Puchacz tańczy trojaka, il. K. Latałło, Warszawa 1967.
[7] Kroh, list Melchiora Wańkowicza do Janiny Lechnickiej, 13.07.1968.
[8] MW, Rozmowa z przeszłością. W pięćdziesięciolecie porodu drugiej Rzeczypospolitej, „Polityka” 1968, nr 36, 38. Liczne reakcje, m.in. polemika w „Żołnierzu Wolności” (zob. odpowiedź Wańkowicza: „Polityka” 1969, nr 2, s. 1).
[9] Kroh, list Zofii Wańkowicz do Janiny Lechnickiej, 14.03.1969. O pracy nad tomem Zofia wspominała już rok wcześniej. Zob. Kroh, list Zofii Wańkowicz do Janiny Lechnickiej, 24.04.1968.
[10] Kroh, kartka pocztowa Zofii Wańkowicz do Janiny Lechnickiej, 9.04.1969.
[11] PD, kopia listu Melchiora Wańkowicza do Marty Erdman, 28.05.1969.
[12] JT.
[13] MW, W pępku Ameryki, 1969, s. 87–93 (przybliżone okoliczności), 174 (przybliżona data).
[14] PD, kopia listu Melchiora Wańkowicza do Marty Erdman, 28.05.1969.
[15] Zob. ML, nr inw. 846, egzemplarz korektowy Od Stołpców po Kair z odręcznymi poprawkami Wańkowicza, s. 132. Wydane wówczas zbiory: Od Stołpców po Kair, Zupa na gwoździu, Zupa na gwoździu – doprawiona, Przez cztery klimaty (1912–1972).
[16] PD, listy Wańkowicza do Karola Wańkowicza, 7.01.1971, 15.01.1971; list Michała Chmielowca do Karola Wańkowicza, 9.09.1970; list Michała Chmielowca do Melchiora Wańkowicza, 9.09.1970.
[17] MW, Szkice spod Monte Cassino, Warszawa 1969. Następne wydania między innymi w latach: 1970, 1972, 1974, 1976, 1978, 1980, 1982, 1984, 1987, 1988, 1991, 1992, 1993, 1995.
[18] IPN BU, 0192/72, t. 6, k. 6; PD, notatka Karola Wańkowicza „Bytność Melchiora w Londynie 4–9/IX 1969 r.”.
[19] PD, list Melchiora Wańkowicza do Karola Wańkowicza, 17.09.1969.
[20] PD, list Melchiora Wańkowicza do Karola Wańkowicza, 12.08.1969.
[21] PD, notatka Karola Wańkowicza „Bytność Melchiora w Londynie 4–9/IX 1969 r.”; PD; list Melchiora Wańkowicza do Karola Wańkowicza, 17.09.1969. W tym liście Wańkowicz podawał umówione kody oznaczające podjęcie danej akcji, na przykład „pozdrów Jerzego” oznaczało zgodę na druk materiału pozostawionego w „Kulturze”.
[22] I PN BU, 0192/72, t. 6, wyciąg z doniesienia TW „Ewa” (Zofia O’Bretenny) z 18.10.1969, k. 7.
[23] AIL, KOR RE D Wańkowicz, t. 2 (878), kserokopia kartki pocztowej, 24.12.69, wtorek (ten dzień wypadał w środę; na stemplu jest data 10.12.1969).
[24] S. Kisielewski, Dzienniki [w:] tegoż, Pisma wybrane, Warszawa 1996, s. 285.
[25] I PN BU, 0192/72, t. 6, doniesienie, 6.05.1970, k. 11, 12.
[26] A. Ziółkowska‑Boehm, Drugi powrót Wańkowicza, „Rzeczpospolita” 2009, nr 86.
[27] I PN BU, 0192/72, t. 6, informacja „Lubicza”, 28.08.1970, k. 13.
[28] IPN BU, 0192/72, t. 6, Informacja „Lubicza”, 28.08.1970, k. 13. Kisielewski miał dawać mu odpowiedzi wymijające, a Wańkowicz „autorytatywnie zadecydował”, że teksty tych przemówień przekaże córce, która we wrześniu będzie z mężem we Włoszech. Donosiciel SB sugerował, że pośrednikiem w przekazaniu taśmy z nagraniem przemówień z pogrzebu przez Wańkowicza córce może być pisarz Jerzy Krzysztoń.
Wydanie I
- Seria wydawnicza: Biografie
- Projekt okładki: Agnieszka Pasierska
- Data publikacji: 26 listopada 2025
Okładka twarda
- Wymiary: 133 mm × 215 mm
- Liczba stron: 832
- ISBN: 978-83-8396-200-9
- Cena okładkowa: 119,90 zł
E-book・Wańkowicz
- ISBN: 978-83-8396-236-8
- Cena okładkowa: 95,90 zł