Marek Szymaniak, Młócka. Reportaże o pracy przyszłości
- Kurier
- 11,79 zł
- paczkomat
- 13 zł
- poczta
- 12 zł
- odbiór osobisty (Warszawa)
- 0 zł
- pliki
- 0 zł
Młócka to reportaże o rewolucji w świecie pracy. Potężne korporacje obiecują, że dzięki zmianom technologicznym wszyscy będziemy pracować lżej i krócej, a niektórzy z nas – już w wirtualnym metawersum. To jednak tylko połowa tej historii.
Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi, których pracę na naszych oczach zmienia technologia. Opisuje, jak menadżera zastępują aplikacje, pracowników w biurach pilnują systemy śledzące, a osiągane przez nich wyniki są oceniane przez algorytmy. Zagląda do wielkich magazynów i na place budowy, gdzie coraz częściej wjeżdżają roboty. Omawia reformy w prawie i edukacji, które ledwo nadążają za technologicznymi nowinkami. Pokazuje pracę dzieci, które czasem nawet jeszcze przed swoimi narodzinami reklamują w mediach społecznościowych różne produkty.
Autor szuka zalążków zmian, by zajrzeć w przyszłość nas wszystkich – do świata, w którym technologiczna młócka bezlitośnie oddzieli wygranych od przegranych, niczym ziarna od plew.
Wielkie przemiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Czy tak będzie i w przypadku obecnej transformacji technologicznej? Czy kolejny raz nie będziemy chcieli dostrzec tych, których życiorysy wykolei postęp? Te pytania towarzyszyły mi w pracy nad „Młócką”. Na szczęście to pytania otwarte, bo przyszłość jeszcze możemy zmienić.
Autor
-
„Młócka” Marka Szymaniaka to reportaże o rewolucji w świecie pracy. A my, pracownicy, zawsze przecież marzyliśmy o tym, aby jak najwięcej zawodowych obowiązków wykonywały za nas maszyny. Te wszystkie wynalazki, nowoczesne urządzenia i komputery, które już mamy, homo sapiens wymyślił po to, aby dniówka była jak najkrótsza, tydzień pracy maksymalnie skrócony, a weekend zaczynał się najlepiej we czwartek. Czy jednak coś poszło nie tak?
-
Jednym z interesujących wątków „Młócki” jest utrata tożsamości zawodowej. Szymaniak pokazuje, że praca to nie tylko źródło dochodu, lecz także sens, status i poczucie sprawczości.
Przeczytaj fragment ZamknijMarek Szymaniak
Młócka
Reportaże o pracy przyszłości
fragment
7 Sprzedane dzieciństwo
I
„Z dwóch rzeczy jestem dumna, że przed trzecim miesiącem zaczęła przesypiać całe noce bez karmienia i że pije wodę! Dużo wody. Wodę zaczęła pić dość szybko, bo od początku miała problemy z brzuszkiem i woda bardzo nam pomogła. Chociaż niektórzy mówili, żeby wody nie podawać, bo to rozszerzenie diety. Ale u nas bez wody był dramat. Teraz kocha wodę i jak nie zawsze chce jeść, to przynajmniej zawsze chce pić. A butelka od Twistshake Baby sprawdza nam się idealnie”.
Tak pod zdjęciem na Instagramie pisze o dziewczynce jej mama. Dziecko ma kilka miesięcy, chustkę na głowie i butelkę w prawej dłoni. Butelka nie jest przypadkowa. To reklama.
Autorka postu wychwala produkt oraz zachęca do skorzystania z rabatu. Aż minus 55 procent na produkty Twistshake Baby!
Jest styczeń 2021 roku. Zdjęcie dziewczynki z butelką zdobywa ponad czterysta polubień. W komentarzach użytkownicy piszą, że dziecko jest cudne, słodziutkie i wygląda pięknie. To jedna z setek fotografii, które w kolejnych latach zostaną opublikowane na tym instagramowym profilu. Życie dziewczynki relacjonowane jest na koncie od pierwszych tygodni jej życia.
Z opisów pod zdjęciami dowiadujemy się na przykład, że sukienka pochodzi ze sklepu X, marynarka z butiku Y, z kolei buty są marki Z. Część produktów pokazywanych w postach oznaczono jako reklamę, część jako współpracę barterową. Jeszcze inne to „prezenty”, cokolwiek to znaczy.
W czerwcu 2022 roku dziewczynka już od dawna chodzi. Pozuje do zdjęć w butach, sukienkach, na głowie nosi opaskę, a na nadgarstkach wyraźnie za duże bransoletki. Na zdjęciu siedzi w czymś, co przypomina namiot dla dzieci. Z opisu w poście wynika, że dziewczynka ma zapalenie zatok. Jednak mimo choroby prezentuje „nową kolekcję poduszek” od firmy Minadori Art. I nie jest to wyjątkowa sytuacja. Następnego dnia z opisu pod zdjęciem dowiadujemy się, że córka „wie, jak pozować, żeby nie było widać choroby”.
Czytam to i myślę, jak czuła się ta dziewczynka. Czy miała ochotę pozować mimo choroby? Czy mogła odmówić? A nawet jeśli się zgodziła, to czy taka zgoda była świadoma? Czy małe dziecko może wiedzieć, z czym wiąże się publikowanie wizerunku i tego rodzaju publiczna działalność? A jeśli dziewczynka się zgodziła, to czy nie uległa namowom rodziców? To oni sprawili, że fotografowanie, publikowanie zdjęć, współprace reklamowe stały się jej codziennością. Wybrali drogę za nią i być może dziewczynka nawet nie zdaje sobie sprawy, że jej dzieciństwo mogłoby wyglądać inaczej.
Wiosną 2023 roku wysłałem kilka pytań do twórców profilu. Chciałem poznać motywacje, które stały za decyzją o wykorzystywaniu wizerunku dziecka w działalności internetowej, w tym prawdopodobnie zarobkowej. Pytałem, ile przeciętnie czasu w każdym tygodniu dziecko poświęca na tworzenie zdjęć i filmów, które są potem publikowane, i w jaki sposób rodzice dbają o jego komfort w czasie pracy nad nimi. Byłem też ciekaw, czy dziewczynka ma formalnie zapewnione prawo do wypoczynku i wynagrodzenia, a także usunięcia tworzonych treści, jeśli w przyszłości tak by zdecydowała. Pytałem też, gdzie ich zdaniem leżą granice wykorzystywania wizerunku dziecka w działalności internetowej rodziców.
Na żadne z pytań nie dostałem odpowiedzi. Zamiast tego dowiedziałem się, że prowadzący konto nie wyrażają zgody, aby o nich pisać.
Podobny zestaw pytań wysłałem do kilkunastu rodziców kidfluencerów. Jedni prowadzili konta na Instagramie, śledzone przez setki tysięcy osób, inni na TikToku czy YouTubie, gdzie filmy osiągały setki tysięcy wyświetleń. Zwykle odpowiedzią były milczenie albo blokada konta, co uniemożliwiało dalszą komunikację. Jedna z matek zablokowała mnie, a potem zmieniła opis swojego profilu. Zniknęło słowo „współpraca”, a w to miejsce pojawił się komunikat: „Nie wyrażam zgody na wykorzystywanie naszego wizerunku bez naszej zgody”. Inna kobieta, prowadząca konto kilkuletniej córeczki, usunęła ponad setkę spośród kilkuset zdjęć, które wcześniej opublikowała, a na których widniała dziewczynka. Jednak wszystkie konta dalej funkcjonują, powiększają widownię, zasięgi i pełnią funkcję reklamową.
Platformy społecznościowe wypełnione są kontami, na których dzieci wyglądają jak manekiny do prezentowania promowanej odzieży. Możemy zobaczyć nie tylko nieświadome niczego kilkunastomiesięczne bobasy czy kilkuletnie dziewczynki ubrane w sukienki księżniczek, ale też dzieci stylizowane na dorosłych. Wszystko po to, aby na przepięknych, niemal lukrowanych zdjęciach pokazać swoją uroczą pociechę, a przy okazji często zareklamować produkt tej czy innej marki. Dzieci i ich niewinne twarze są bowiem doskonałym wabikiem na lajki, komentarze, subskrypcje, a z czasem płatne współprace reklamowe. A praca dzieci w gospodarce cyfrowej zaczyna się nierzadko jeszcze przed porodem.
Tak było choćby w przypadku Wersow i Friza. To para internetowych celebrytów. Absolutny top wśród polskich influencerów. To, że zostaną rodzicami, stało się dla nich okazją do tworzenia dodatkowego kontentu, czyli internetowych treści. W jednym filmie najpierw pokazali jej testy ciążowe z pozytywnym wynikiem, a potem jego reakcję na to, że zostanie ojcem. A na koniec wszyscy zobaczyli pierwsze zdjęcie ich dziecka na ciążowym USG.
O instagramowych matkach i dzieciach pisała w książce Wyrodne. Opowieść o macierzyństwie i poczuciu winy Begoña Gómez Urzaiz. To hiszpańska dziennikarka i publicystka, która przygląda się, jak platformy społecznościowe wpływają na rodziny, dzieci i ich dzieciństwo. Kiedy rozmawialiśmy wiosną 2025 roku, opowiadała mi o tym, że Instagram i YouTube stworzyły profesję opartą na specyficznym modelu biznesowym. Zakłada on zarabianie na reklamach w zamian za to, że włączymy reklamowane produkty w nasze życie, w osobistą opowieść o nas. A w tym procederze uczestniczą nawet maleńkie dzieci.
– W instagramowych rodzinach dzieci są pracownikami jeszcze przed urodzeniem. Pracują dla pieniędzy, są eksploatowane dla pieniędzy, a jednocześnie nie zarabiają, choć są pracownikami gospodarki cyfrowej. To, jak instagramowe rodziny traktują swoje potomstwo, jest podobne do tego, jak traktowano dzieci w czasach przednowoczesnych, kiedy brakowało rąk do pracy w polu. Rodziny żyjące na wsi potrzebowały wielu dzieci, aby te mogły pracować w rolnictwie. Teraz jest podobnie, dzieci pracują, czy tego chcą, czy nie, muszą dołączyć do „rodzinnego biznesu”, bo nikt ich nie pyta o zgodę. Różnicą jest to, że praca odbywa się w sferze cyfrowej.
Czy takie dzieci pójdą śladami rodziców i zostaną influencerami? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że zachowanie internetowych gwiazd wpływa na postawy zwykłych użytkowników. Obserwują oni na platformach społecznościowych codzienność sławnych osób, które pokazują, że mają ciekawe, wygodne i łatwe życie, na wysokim poziomie finansowym, bo sprzedają swoją prywatność. I wielu rodziców chce robić to samo. Nawet jeśli początkowo ich obecność na platformach nie ma celu zarobkowego, jest raczej sposobem na pokazywanie znajomym i rodzinie rodzicielstwa oraz utrzymywanie z nimi kontaktu.
Z badania z 2010 roku wynika, że aż 81 procent dzieci poniżej drugiego roku życia w krajach Unii Europejskiej, w USA, Australii, Nowej Zelandii i Japonii ma cyfrowy ślad w postaci zdjęć opublikowanych w internecie przez rodziców. „Cyfrowe narodziny” dziecka następują, gdy ma ono „w realu” średnio sześć miesięcy, ale co czwarte zaczyna cyfrowe życie, zanim fizycznie przyjdzie na świat, bo rodzice dzielą się w sieci zdjęciami z badania USG. Dzisiaj prawdopodobnie ten odsetek byłby jeszcze wyższy, bo platformy społecznościowe są powszechniejsze, a dzielenie się nawet intymnymi szczegółami z prywatnego życia w publicznej przestrzeni internetu to wręcz naturalna kolej rzeczy.
Naturalne stają się więc również próby zarabiania na obecności rodziny, w tym dzieci, w sferze cyfrowej. Nierzadko dzieje się to na zasadzie: „skoro już wrzucam zdjęcia do internetu, to czemu na tym nie skorzystać, jeśli jest okazja”. W przypadku mniejszych kont, czyli tak zwanych mikroinfluencerów, których obserwuje kilka czy kilkanaście tysięcy osób, zapłatą nie jest gotówka, lecz reklamowany przedmiot. Ta forma współpracy nazywana jest barterem. Firma produkująca na przykład butelki „płaci” zleceniobiorcy reklamowanym przedmiotem.
Aby pokazać, jak to działa, przeprowadziłem dziennikarską prowokację, a jej efekty opisałem w reportażu Rodzinka w barterze w Magazynie Spider’s Web+. W jednej z facebookowych grup ze zleceniami dla początkujących influencerów opublikowałem ogłoszenie, podając się za przedstawiciela „ogólnopolskiej marki sklepu z elektroniką”. Pisałem, że poszukuję influencerów do współpracy w kampanii na zbliżający się Dzień Dziecka. Szukałem rodziców dzieci do drugiego roku życia, którzy zgodziliby się opublikować post ze zdjęciem lub relację (stories) na Instagramie i zaprezentować reklamowany sprzęt, czyli tablet lub smartfon. Wpis miał sugerować, że służą one rozwojowi najmłodszych.
Problem w tym, że według badań i zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dzieci do drugiego roku życia (a najlepiej nawet dłużej) w ogóle nie powinny korzystać z urządzeń z ekranami, bo z wielu powodów jest to szkodliwe dla ich rozwoju. To jednak nie przeszkoda dla „barterowych rodziców”. Wystarczyła niecała doba, aby ponad sto dwadzieścia osób zgłosiło swoje maluteńkie dzieci do udziału w reklamie – być może z niewiedzy, a być może z powodu wizji łatwego zarobku. Niektórzy zachęcali do współpracy tym, że mogą wykorzystać nawet potomstwo… kogoś z rodziny albo przyjaciół. Tylko nieliczni mieli wątpliwości albo zgłaszali uwagi do samego pomysłu reklamowania tabletu przez kilkumiesięczne dziecko – bo wyglądałoby to według nich mało wiarygodnie. Proponowali więc, aby z urządzeniem zapozowało dziecko starsze, na przykład dwuipółletnie.
Wszystkim rodzicom, którzy zgodzili się wziąć udział w reklamie, ostatecznie zdradziłem prawdę. Przyznałem, że nie pracuję dla sklepu z elektroniką, lecz przygotowuję artykuł o rodzicach wykorzystujących wizerunek dzieci do zarabiania na Instagramie. Zadałem też podobne pytania do tych, które wcześniej wysłałem instagramowym twórcom. Teraz też zdecydowana większość rodziców zbyła to milczeniem. Na część pytań odpowiedziały tylko dwie matki. Pierwsza z nich podkreślała, że nie traktuje tej działalności jako pracy – ani swojej, ani dziecka. Przekonywała, że to hobby, z którego czasem „ma coś dodatkowego”. Dzieci natomiast zawsze, jeśli nie mają na to ochoty, mogą odmówić udziału w przygotowywaniu zdjęć. „Dla dzieci to zabawa z mamą, a nie tworzenie kontentu” – pisała. Tłumaczyła, że dzięki temu stać ją, aby kupić im ładne ubrania czy modne zabawki. Druga z mam wypowiadała się w podobnym tonie. Podkreślała, że dziecko bierze udział tylko w dziecięcych projektach i wyłącznie w formie zabawy, z której ma dodatkowe korzyści, jak „wejścia na salę zabaw, zabawki, produkty pielęgnacyjne, ubrania”. I dodała: „Nie uważam tego za nic złego. Syn ma trzy lata, więc to ja decyduję, czy jego wizerunek będzie udostępniony, czy nie”.
Tyle że gdyby ów trzylatek brał udział w profesjonalnej reklamie albo produkcji filmowej, to jego prawa byłyby zapewne odpowiednio zabezpieczone. Podobnie jak warunki do pracy. Tymczasem świat platform społecznościowych to, jak trafnie ujął „Financial Times”, „dziki zachód” i „szara strefa”. Dziennikarze zwrócili uwagę, że choć coraz młodsi, nawet kilkuletni twórcy stają się gwiazdami platform, czyli kidfluencerami, prawo nie nadąża z zapewnieniem im ochrony. Mogą więc nie tylko paść ofiarą cyberprzemocy, dręczycieli lub naruszeń prywatności, ale też zostać wykorzystani przez rodziców, którzy opierają na tym procederze swoje dochody czy budują własną sławę. „Czy dziecko potrafi odróżnić pracę od wypoczynku? Czy rozumie znaczenie sprawiedliwej płacy? Czy zarobione pieniądze trafią do jego kieszeni?” – pytali autorzy „Financial Times”. Z kolei „The Guardian” zwrócił uwagę, że sytuacja ta przypomina przypadek „Ubera, ale w odniesieniu do… pracy dzieci”. Platformy przekonują bowiem, że oferują przełomową technologię, która rzekomo wywraca rynek do góry nogami, ale dzieje się tak między innymi dlatego, że omijają istniejące prawo, w tym prawo pracy: gwarancję wynagrodzenia, dzienny limit godzinowy, urlop, L4 w razie choroby. W przypadku kidfluencerów pomijają też wiele praw przysługujących dzieciom. Zapomina się tu na przykład o ich prawie do prywatności i budowania własnej tożsamości.
Poza tym – jak zwraca uwagę Magdalena Bigaj, prezeska Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa – konwencja reklamy profesjonalnej czy sztuki jest jasnym komunikatem dla odbiorcy: to dziecko odgrywa właśnie rolę. Konwencja ta nie obowiązuje na profilach w mediach społecznościowych. „Na Facebooku czy Instagramie widzimy dziecko w jego naturalnym środowisku i prywatnym czasie, często nieświadome tego, do czego użyte zostanie zdjęcie, które właśnie mu zrobiono. A jeśli dana osoba czerpie korzyści z regularnego dzielenia się wizerunkiem dziecka w sieci, nie tylko finansowe, ale także jakiekolwiek inne, nazwijmy rzeczy po imieniu: mamy do czynienia ze współczesną formą pracy przymusowej dzieci” – pisała.
Również Adriana Denys‑Starzec, adwokatka i badaczka społeczno-prawnych aspektów rozpowszechniania wizerunku dzieci w internecie, zwraca uwagę, że tego rodzaju internetowa działalność nie jest zabawą:
– Trzeba nazwać to jasno: to jest praca. I to praca, która wpływa na dziecko, jego psychikę ze względu na ogromną presję płynącą z mediów społecznościowych. Wykonywanie pracy może zaś zaburzać kontakt z rówieśnikami. Może odbijać się na obowiązkach szkolnych. Może wytworzyć niezdrową relację w rodzinie, kiedy mama czy tata staje się nagle nie tylko rodzicem, ale i szefem. To też niełatwa sytuacja ze względu na to, że odpowiedzialność za jakość życia i finanse rodziny spoczywa na dziecku, a nie rodzicach, którzy z dziecka uczynili narzędzie do zarobkowania.
W Stanach Zjednoczonych opisano już pierwsze takie przypadki. Rodzice Claire publikowali zdjęcia i filmy z jej udziałem, gdy była jeszcze niemowlakiem, wykorzystując jej wizerunek do zarabiania na reklamach. Ich kanał na YouTubie śledzą miliony subskrybentów, a zamieszczone tam nagrania mają ponad miliard wyświetleń. Pozwoliło to rodzicom Claire zrezygnować z pracy, kupić ładniejszy dom oraz nowy samochód. W ten sposób dziewczynka stała się zakładnikiem wyższego standardu życia całej rodziny. Kiedy pewnego razu powiedziała, że nie chce już kręcić filmów na YouTube, jej rodzice odpowiedzieli, że w takim razie będą musieli wyprowadzić się z pięknego domu, wrócić do pracy, a dziewczynka będzie mogła zapomnieć o miłym i wygodnym życiu. „To duża presja. To niesprawiedliwe, że muszę być oparciem dla wszystkich” – przyznała dziewczyna w magazynie „Teen Vogue”.
– Niestety, wielu rodziców zapomina, że dziecko to nie ich własność i rzecz, tylko drugi człowiek, i ma prawo zdecydować, czy i w jakim kontekście pokazać się w internecie. Internetowi twórcy pokazujący dzieci na swoich profilach i rodzice kidfluencerów to prawo swoim dzieciom bardzo często odbierają – mówiła mi doktor Anna Brosch, pedagożka z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, która bada zjawisko sharentingu, czyli nadmiernego i bezrefleksyjnego epatowania zdjęciami dzieci w social mediach. Podobnie ocenia to Sheila Donovan, badaczka z National University of Ireland: „Praktyka udostępniania zdjęć dzieci pozbawia je autonomii i odmawia im prawa do odciśnięcia własnego śladu na czystym internetowym płótnie. Prawa, które powinno być przyrodzonym prawem każdego dziecka”.
Nie jest jednak tak, że istniejące przepisy nie chronią dzieci. Pytany o kidfluencerów Główny Inspektorat Pracy odpowiedział, że zgodnie z Kodeksem pracy dzieci poniżej szesnastu lat mogą wykonywać pracę lub inne zajęcia zarobkowe, ale wyłącznie na rzecz podmiotu prowadzącego działalność kulturalną, artystyczną, sportową lub reklamową – i nie może to być praca stała. Wymaga to nie tylko zgody rodzica, ale też zezwolenia inspektora pracy. Konieczne są: orzeczenie lekarza, opinia poradni psychologiczno-pedagogicznej dotycząca braku przeciwwskazań do wykonywania przez dziecko pracy lub innych zajęć zarobkowych, a także opinia dyrektora szkoły, do której dziecko uczęszcza.
– Rodzaj i charakter pracy nie mogą zagrażać życiu, zdrowiu i rozwojowi psychofizycznemu dziecka ani kolidować z jego obowiązkami szkolnymi. Za tym, że praca nie jest sprzeczna z powyższymi założeniami, przemawiają opinie i zgody, które trzeba dołączyć do wniosku kierowanego do inspektora pracy. Uzyskanie zezwolenia od właściwego inspektora pracy jest obligatoryjne – wyjaśniał mi w 2023 roku rzecznik GIP-u Juliusz Głuski‑Schimmer.
Tyle że przepisy te i wymogi są pomijane, tak jakby ich nie było. Jak to naprawdę wygląda, sprawdziła dziennikarka Anna Golus. Wzięła pod lupę „rodzinne konta” na YouTubie, a okręgowe inspektoraty pracy pytała, czy firmy rodziców, którzy te konta prowadzą, spełniły formalne wymogi. W większości przypadków rodzice nawet nie wnioskowali o wydanie zezwolenia na pracę dzieci. „Rodzice Leny i Marcela – pisała w „Tygodniku Powszechnym” o jednym z takich kont – łamią nie tylko polskie prawo, ale też zasady YouTube’a, zgodnie z którymi osoby publikujące treści z udziałem dzieci muszą chronić ich prywatność i przestrzegać przepisów dotyczących zatrudniania dzieci”.
Podobnie jest z zapewnieniem dzieciom prawa do wynagrodzenia – zwykle trafia ono na konto rodziców, bo to rodzice prowadzą działalność gospodarczą i wystawiają faktury za „usługi reklamowe”, choć wykorzystują do tego pracę dziecka. Ono samo pozostaje bez gwarancji, że choćby w przyszłości otrzyma zapłatę albo przynajmniej prawo do tego, aby usunąć zdjęcia, na których użyto jego wizerunku.
Na tym nie koniec. Dzieciństwo uwieczniane na platformach społecznościowych staje się mieszanką rzeczywistości i fikcji, w której odgrywa się reklamowe role. Upubliczniana codzienność jest nie tylko monetyzowana, ale również fabularyzowana. Pisała o tym Anna Golus – pokazywała, jak całe rodziny dziecięcych influencerów uczą się swoich ról i grają same siebie w fikcyjnych sytuacjach. „Środowisko, w którym fikcja miesza się z realnością, niekoniecznie będzie korzystne dla rozwoju dziecka. Dom zmieniający się co kilka dni regularnie w plan filmowy może obniżać poczucie bezpieczeństwa dziecka oraz wpływać na jego rozumienie świata i siebie. Trudno określić poziom szkodliwości takiego zjawiska, ale jeśli dziecko we własnym domu nie może być sobą, lecz regularnie musi odgrywać jakąś fikcyjną wersję siebie, w jego głowie mogą pojawić się wątpliwości, które jego »ja« jest prawdziwe” – mówiła psycholożka Marta Wojtas, koordynatorka Poradni Dziecko w Sieci Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
„[Dzieci influencerów] nie tylko żyją w świecie streamingu. Ich życie jest wręcz podporządkowane potrzebom tworzenia treści przez dorosłych. To może mieć poważne skutki dla ich dobrostanu psychicznego i emocjonalnego, trudne dziś do oszacowania. Szczególnie mając na uwadze zagrożenia związane z przemocą cyfrową, wszechobecnym hejtem w sieci oraz potencjałem krzywdzącego wykorzystywania sztucznej inteligencji” – ostrzegała z kolei Anna Rywczyńska, która kieruje Działem Profilaktyki Cyberzagrożeń w Państwowym Instytucie Badawczym NASK.
Do tego układ pracownik–pracodawca wpływa na relację dziecka z rodzicem. Kiedy pytałem o to Martę Wojtas, odpowiedziała, że rodzice mogą w przyszłości żałować swoich dzisiejszych decyzji:
– Za te dziesięć czy piętnaście lat dziecko może mieć do nas pretensje, że wykorzystaliśmy jego wizerunek, a dzieciństwo zamieniliśmy w pracę. Dlatego radziłabym poczekać, dać dziecku wybór. To wyraz szacunku dla niego jako odrębnej istoty. Niestety wielu rodziców tego nie rozumie i traktuje własną córkę czy syna jak przedmiot, który można wykorzystać do zarabiania pieniędzy. A rolą dziecka nie jest zarabianie pieniędzy czy utrzymywanie domu. To jest rola dorosłych.
Większość Polaków ma raczej pozytywny stosunek do pracy dzieci. Takie wnioski płyną z raportu Praca dzieci w Polsce. Średni wiek inicjacji zawodowej dla prawie połowy Polaków to 15,5 roku. Według raportu opracowanego przez Warsaw Enterprise Institute, konserwatywny think tank propagujący idee libertarianizmu, czyli wolności gospodarczej, aż 61 procent badanych uważa, że praca zarobkowa na wczesnym etapie pomoże młodej osobie w późniejszym życiu i jest to dobre narzędzie edukacji finansowej. „Tylko” 23 procent ankietowanych jest przeciwko pracy osób poniżej 18 roku życia – uznaje to za wyzysk i podkreśla, że „dzieci powinny się uczyć, a nie pracować”.
Istnieje jednak wiele badań, według których praca w młodym wieku staje się swego rodzaju konkurencją dla szkoły: jest bardziej atrakcyjna, kojarzy się z dorosłością, a to prowadzi do obniżenia aspiracji edukacyjnych. Podejmowanie pracy przez nastolatków może dawać poczucie „przedwczesnej zamożności”; młody człowiek, który zaczyna zarabiać, uznaje, że dalsza nauka nie jest mu do niczego potrzebna. Praca w wieku nastoletnim powyżej dziesięciu godzin tygodniowo może skutkować gorszymi wynikami w szkole, większą absencją na lekcjach, nadużywaniem alkoholu i narkotyków oraz łamaniem prawa.
Na kwestię pracy dzieci w gospodarce cyfrowej (między innymi po moich publikacjach) zwróciła uwagę sejmowa Komisja do spraw Dzieci i Młodzieży. Posłanka Monika Rosa, jej przewodnicząca, zgodziła się w rozmowie ze mną, że dzieci pracujące w mediach społecznościowych są przedmiotem, a nie podmiotem, co wymaga pilnych regulacji. Również Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej dostrzegło problem, ale pomysłów na rozwiązania legislacyjne wciąż nie ma.
II
Zadbanie o prawa dzieci w sferze cyfrowej wydaje się pilne także dlatego, że one same marzą o zawodzie influencera. Badania pokazują, że 57 procent osób z pokolenia Z (urodzonych w latach 1997–2012) chętnie zostałoby influencerami. Podobne wnioski płyną z raportu Aspiracje dziewczynek w Polsce: 46 procent dziewcząt w wieku 10–15 lat wolałoby raczej zostać youtuberką niż prawniczką. Ten drugi zawód był atrakcyjny dla 18 procent ankietowanych dziewczynek.
Wiele z nich zapewne nie zdaje sobie sprawy, że bycie influencerką to nie świetna zabawa, lecz ciężka praca, do tego okupiona ogromną presją ze strony odbiorców oraz zależnością od nieprzejrzystych algorytmów. Mimo to jak grzyby po deszczu powstają kolejne kursy w rodzaju „Jak zostać influencerem”. A nawet odpowiednie profile klas w publicznych szkołach średnich. To przypadek choćby VIII Liceum Ogólnokształcącego imienia Zofii Nałkowskiej w Lublinie, które kształci przyszłych vlogerów i influencerów. W szkole powstały klasy psychologiczno-influencerska i vlogersko-teatralna. W tej pierwszej uczniowie, poza rozszerzonym językiem angielskim, biologią i informatyką, uczą się psychologii i „technik influencerskich”. Według szkoły „dzięki nabytym wiadomościom i umiejętnościom uczeń nauczy się pozytywnie kreować swój wizerunek oraz tworzyć odpowiedzialnie kulturę w sieci Internet”. W przypadku drugiego profilu uczniowie mogą „poszerzyć wiedzę na temat kanałów społecznościowych i streamingowych” oraz dowiedzieć się, jak przygotować profesjonalny kontent, zdobywać obserwatorów i zarządzać wizerunkiem. Kamil Dąbrowski, dyrektor szkoły, przekonywał, że jego uczniowie „nauczą się, jak negocjować, współpracować z markami, co będzie ukierunkowane na ich rozwój i budowanie odporności psychicznej, także w sieci”.
W I Prywatnym Liceum Ogólnokształcącym w Słupsku profil vlogerski działa już od roku szkolnego 2021/2022. Jak można się dowiedzieć ze strony internetowej szkoły, „uczniowie poznają tajniki pracy z kamerą, podstawy montażu wideo, fotografię, a także strategie marketingowe, które pomogą im wyróżnić się na tle konkurencji. Dzięki temu profilowi absolwenci będą przygotowani do rozpoczęcia kariery jako youtuberzy, influencerzy, twórcy contentu czy specjaliści ds. marketingu internetowego”. Zapytałem władze słupskiej placówki, czy któryś z ich uczniów został influencerem, a także jak wygląda praktyczna nauka tego zawodu, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. Nie wiadomo więc, czy któryś z absolwentów szkoły jest znanym internetowym twórcą. Takim, który kreuje treści na YouTubie, a nie tylko je ogląda.
Wiadomo zaś, że zawód influencera nie należy do tych, których będziemy potrzebować w przyszłości. Z opracowania Future of Jobs 2025 wynika, że do 2030 roku do najszybciej rosnących grup zawodowych związanych z technologiami będą należeć analitycy big data, specjaliści do spraw sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oraz inżynierowie ochrony środowiska. Poza tym największy wzrost zapotrzebowania odnotują tak zwani pracownicy pierwszej linii (czyli mający bezpośredni kontakt z klientami bądź produkcją): rolnicy, kurierzy, budowlańcy czy sprzedawcy. Ze względu na starzenie się społeczeństwa znacząco wzrośnie też liczba stanowisk w sektorze opieki – mowa tu o pielęgniarkach czy pracownikach socjalnych.
Tego rodzaju predykcje nie są łatwe, bo rynek pracy, także z uwagi na rozwój nowych technologii, ulega ciągłym zmianom. David Autor, badacz mechanizacji i automatyzacji pracy, ocenia, że 60 procent Amerykanów pracuje dziś w zawodach, które nie istniały w roku 1940. Z kolei Pedro Domingos z Uniwersytetu Waszyngtońskiego prognozuje, że w roku 2100 aż 60 procent miejsc pracy będzie przypadało na zawody, które dziś nie istnieją. Według Łukasza Komudy, ekonomisty związanego z Fundacją Inicjatyw Społeczno‑Ekonomicznych, dla polskiego rynku pracy tak intensywny rozwój oznaczałby, że nieznane do tej pory profesje generowałyby około 125 tysięcy stanowisk rocznie. To w przybliżeniu tyle, ile było wakatów w całej gospodarce naszego kraju w pierwszym kwartale 2023 roku. „Inaczej mówiąc: nawet ostrożne kalkulacje pokazują, że czeka nas głęboka transformacja rzeczywistości zawodowej” – stwierdza Komuda.
Czy polski system edukacji jest gotowy na tę transformację? W końcu wykształcenie różnego rodzaju specjalistów w tak dynamicznie zmieniających się warunkach to nie lada wyzwanie. Raporty takie jak The Future of Skills. Employment in 2030 czy Kompetencje pracowników dziś i jutro wskazują, że w przyszłości kluczowymi umiejętnościami będą uczenie się oraz działanie w sytuacji niepewności. XXI wiek to czas ogromnych zmian technologicznych, do których firmy i pracownicy muszą się dopasować, między innymi właśnie poprzez zdobywanie nowych kompetencji. Jak mówił amerykański futurolog Alvin Toffler: „Analfabetami XXI wieku nie będą ludzie nieumiejący czytać, ale tacy, którzy nie potrafią się uczyć, oduczać i ponownie nauczyć”.
Aleksandra Czetwertyńska, ekspertka od lat związana z sektorem edukacji i organizacjami pozarządowymi, jest dyrektorką w bezpłatnej szkole programowania 42 Warsaw. Spotykamy się w maju 2025 roku w nowocześnie urządzonym biurowcu na warszawskiej Woli. Całe jego drugie piętro służy za kampus dla uczących się kodowania. Mijam przyjaźnie urządzone wnętrza, gdzie można popracować w ciszy, pograć w ping-ponga czy odpocząć, wpatrując się w zielone drzewa za oknem. Na jednym z nich ptaki akurat założyły gniazdo. Widzę też połacie biurek i ustawione na nich ekrany, przy których studenci piszą kolejne linijki kodu. Pomagają sobie – tym właśnie wyróżnia się akademia 42 Warsaw. Nie ma w niej nauczycieli, a studenci uczą się metodą peer-to-peer i według programu opartego na projektach. Metoda peer-to-peer kładzie nacisk na współpracę, wspólne rozwiązywanie problemów i wzajemną ocenę projektów.
– W ten sposób osoby studiujące rozwijają również umiejętności miękkie, takie jak dawanie i przyjmowanie feedbacku, komunikacja, współdziałanie w zespole, kreatywność oraz przedsiębiorczość. Biorą odpowiedzialność za proces nauki, co rozwija ich umiejętności zarządzania czasem, organizacji pracy i planowania projektów. Nabywają też kluczową kompetencję przyszłości, czyli elastyczność, umiejętność uczenia się w sytuacji ciągłej zmiany, odporność na zmiany – mówi Czetwertyńska, oprowadzając mnie po kampusie.
Działa on dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Co – jak słyszę – pozwala osobom studiującym wyznaczać swój rytm i uczyć się wtedy, kiedy chcą. Zastanawiam się jednak, czy nie jest to też lekcja przystosowania się do działającego bez przerw i przestojów kapitalistycznego świata, który maksymalnie wykorzystuje czas, ludzi i zasoby oraz zaciera granice między pracą a odpoczynkiem. Świata, który jest aktywny non stop i minimalizuje straty związane z bezczynnością. Może taka przyszłość czeka uczniów tej szkoły? – pytam sam siebie.
Rozmyślania przerywa mi Czetwertyńska, tłumacząc, jak wygląda program nauczania w 42 Warsaw. Kładzie on nacisk na samodzielną naukę i praktyczne zastosowanie umiejętności. Studenci wybierają spośród dwudziestu czterech projektów, w których uczą się fundamentów programowania. Ten etap zajmuje zwykle półtora roku. Potem sprawdzają swoje umiejętności podczas płatnego stażu, który trwa do pół roku. Po nim można skończyć naukę lub wybrać specjalizację. To druga część programu – studenci mogą teraz skupić się na sztucznej inteligencji, rozwoju aplikacji mobilnych czy cyberbezpieczeństwie.
W 42 Warsaw uczyć może się każdy. Wystarczy mieć ukończone osiemnaście lat, wcześniejsze doświadczenie w kodowaniu nie jest konieczne. Co więcej, akademia jest bezpłatna i, jak czytamy, „otwarta dla każdej grupy społecznej”.
Na korytarzach dominuje jednak język angielski. Aby uczyć się w 42 Warsaw, trzeba nim biegle władać. Nauka jest bezpłatna, ale odbywa się stacjonarnie, a szkoła nie zapewnia tanich akademików ani stypendiów. Darmowe kształcenie – podobnie jak w publicznym systemie edukacji wyższej – wymaga więc niemałych zasobów. Aby uczyć się w takim miejscu, trzeba z domu wynieść spory kapitał, nie tylko kulturowy, ale i finansowy.
Kiedy o tym myślę, przypomina mi się Janek, którego poznałem kilka lat temu. Zbierałem wtedy materiały do książki Zapaść. Reportaże z mniejszych miast. Nasze spotkanie wryło mi się w pamięć ze względu na pewną scenę. Spotkaliśmy się w niewielkiej, kilkunastotysięcznej miejscowości na północy kraju. Usiedliśmy w jednej z nielicznych kawiarni przy wybrukowanym kostką rynku. Trochę ode mnie młodszy chłopak trzymał pod pachą grubą czerwoną teczkę. Gdy zaczęliśmy rozmawiać, otworzył ją i po kolei wyjmował szkolne świadectwa. Wszystkie z czerwonym paskiem. Od podstawówki przez gimnazjum aż po liceum ogólnokształcące. „Widzisz? Same piątki” – mówił, przesuwając palcem po kolejnych dokumentach. Chciał pokazać, że był świetnym uczniem. Zakuwał dzień i noc, aby wyrwać się z gasnącego z roku na rok miasteczka, gdzie nie mieściły się jego ambicje i marzenia. „Nigdy nie było ze mną żadnych problemów”. Pomimo zdanej bez problemu matury Janek dostał się na wymarzone prawo na Uniwersytecie Warszawskim dopiero z listy rezerwowej. Na studiach postanowił wycisnąć z siebie maksimum: był systematyczny, uczył się na bieżąco, czytał zadane lektury; zrezygnował z typowego studenckiego życia i nocnych imprez. Ale i tak z każdym tygodniem coraz mocniej czuł, że nie nadąża. Jak bumerang wracała do niego natrętna myśl, że dostał się na te studia jakby przez przypadek, a może przez pomyłkę. Zrezygnował po pierwszym semestrze, gdy nie zdał dwóch egzaminów. Rozgoryczony wrócił do rodzinnego miasta i zatrudnił się w miejscowej fabryce. Przez jakiś czas miał do siebie żal, że odpuścił, ale później dotarło do niego, że nie wszystko było jego winą. „Z systemem nie wygrasz. Nasze prowincjonalne szkoły na zadupiu nie są tak dobre. Nie przez przypadek nie ma ich w rankingach, a jak są, to na odległych miejscach. Nie mamy tak dobrych nauczycieli. Nie ma zajęć dodatkowych, na korepetycje to się chodzi, jak komuś grozi niedostateczny na półrocze. Nawet jak dajemy z siebie wszystko, to czasem jest za mało” – żalił mi się.
To, co Jankowi podpowiadała intuicja, naukowcy zajmujący się ekonomią nazywają nierównościami szans. Za pomocą tego terminu opisują, w jakim stopniu sukcesy i porażki ludzi, ich wykształcenie, dochody, a nawet zdrowie zależą od wysiłków i talentów, a w jakim – od czynników, na które nie mamy wpływu: pochodzenia, zamożności i zasobów kulturowych rodziców, miejsca i roku urodzenia i tak dalej. Jako społeczeństwu powinno nam zależeć, aby takie przygodne czynniki nie decydowały o osiągnięciach danej osoby. Dlaczego? Bo nam się to opłaca. Zmniejszanie nierówności szans skutkuje bowiem wyższym tempem innowacji i wzrostem gospodarczym. Tymczasem skutki tych nierówności widoczne są gołym okiem. Doskonale obrazują to na przykład wyniki matur. Pod tym względem największe polskie miasta w porównaniu z resztą kraju są jak inne planety[1] – i z roku na rok ta przepaść się pogłębia. Uczniowie z szeroko rozumianej prowincji mają mniejsze szanse, aby dostać się na najlepsze uczelnie w kraju. A potem zdobyć lepszą pracę.
Nie ma jednej przyczyny różnic edukacyjnych. To raczej mozaika problemów, które składają się na to, jak wygląda oświata w naszym kraju: uboższa oferta edukacyjna w mniejszych ośrodkach, jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe; trudności z dojazdem, bo dziecka często nie ma kto zawieźć na takie zajęcia albo z nich odebrać, a po pewnej godzinie nie jeżdżą już żadne autobusy czy pociągi; problemy z kadrą nauczycielską, które z kolei wynikają w dużej mierze z niskich zarobków – wielu nauczycieli porzuca zawód, a ci, którzy chcą w nim pozostać, są „wysysani” przez szkoły prywatne w większych ośrodkach. Te nierówności w edukacji mogą być dodatkowo pogłębiane przez technologie. A konkretnie dostęp do nich oraz umiejętność ich wykorzystania przez uczniów, nauczycieli i rodziców. Wiele jakościowych treści i materiałów edukacyjnych można znaleźć na różnego rodzaju platformach internetowych – tutaj nie ma znaczenia, czy uczeń wychowuje się w małej miejscowości, czy w dużej. Dostęp nie oznacza jednak, że wszyscy uczniowie będą z tych zasobów albo narzędzi sztucznej inteligencji korzystać we właściwy sposób – czyli taki, który faktycznie rozwija zainteresowania, zwiększa kompetencje i uczy.
– Jeśli uczniowie będą prosić, aby na przykład ChatGPT albo inny model językowy napisał za nich wypracowanie, a nauczyciele o słabych kompetencjach cyfrowych nawet nie zauważą, że tekstu nie napisał uczeń, to nie będzie to narzędzie, które przyniesie korzyści. Jeśli zaś nauczyciel użyje tego narzędzia w czasie lekcji, aby w ciekawy sposób zaprezentować temat, to może to być wartościowe. Pytanie, ilu będziemy mieli tych pierwszych nauczycieli, a ilu drugich – mówi Czetwertyńska.
A jak system edukacji wiąże się z transformacją technologiczną na rynku pracy?
– Jeśli nie będziemy dostarczać osób o pożądanych kompetencjach, to nie wykorzystamy ich potencjału. A to będzie oznaczało brak konkurencyjności, innowacyjności i pozostanie w tyle za krajami, które lepiej wykształcą przyszłych pracowników – tłumaczy Czetwertyńska.
Po kilku latach, w 2025 roku, znowu rozmawiałem z Jankiem. Opowiadał, że niedawno został ojcem i zastanawia się, co będzie w przyszłości robiła jego córka. Poświęcają jej z żoną dużo czasu, dbają, aby niczego jej nie brakowało.
– Może w ten sposób osiągnie więcej niż ja.
– Co konkretnie?
– Wykształcenie, dyplom. Dobry zawód. Jaki? Nie mam pojęcia, kim będzie, ale najważniejsze, żeby mogła zostać tym, kim zechce. Inaczej niż ja.
[1] W 2025 roku maturę zdało ogółem 80 procent uczniów szkół średnich. Wynik egzaminu z języka polskiego na poziomie podstawowym dla Warszawy to 66,17 procent, a średnia dla całego Mazowsza – 62,57 procent. Uczniowie z Krakowa osiągnęli przeciętnie 64,31 procent, a średnia dla województwa małopolskiego wyniosła 62 procent. W Wielkopolsce różnica na korzyść Poznania wyniosła 4 punkty procentowe, a między Wrocławiem a resztą województwa – prawie 6 punktów procentowych. Każdy z tych punktów ma ogromne znaczenie przy rekrutacji na studia. Zob. M. Szymaniak, Nie mieszkasz w dużym mieście? Wyniki matur pokazują, że będzie ci dużo trudniej, 14.07.2025, spidersweb.pl, bit.ly/42MrShn (dostęp: 28.07.2025).
Wydanie I
- Kategoria: Literatura faktu
- Seria wydawnicza: Reportaż
- Projekt okładki: Agnieszka Pasierska
- Data publikacji: 18 marca 2026
Okładka twarda
- Wymiary: 133 mm × 215 mm
- Liczba stron: 264
- ISBN: 978-83-8396-267-2
- Cena okładkowa: 59,90 zł
Plik・Młócka
- ISBN: 978-83-8396-296-2
- Cena okładkowa: 47,90 zł
Inne książki tego autora
Zobacz wszystkieInni klienci kupili również:
Marek SzymaniakZapaść
Marek SzymaniakUrobieni
Jack El-HaiNorymberga
Tobias BuckOstatni proces
Patricia EvangelistaNiektórych trzeba zabić
Helen GarnerWoda była strasznie zimna
Marta MadejskaOstatni gasi światło
Tomáš ForróŚpiew syren
Bartosz ŻurawieckiOjczyzna moralnie czysta
Will StorrNadprzyrodzone