Dla mediów

Leksykon miast intymnych

Leksykon miast intymnych

Swobodny podręcznik do geopoetyki i kosmopolityki

data premiery: 11.03.2014

Przekład z języka ukraińskiego Katarzyna Kotyńska

Leksykon miast intymnych to osobista mapa podróży Jurija Andruchowycza. Wszystkie opisywane miejsca są pretekstem, by opowiedzieć ciekawą historię, wspomnieć przyjaciół, zdradzić źródło inspiracji. Tutaj notatki z podróży i autobiograficzne detale przeplatają się z anegdotami i erudycyjnymi perełkami. Migawki ze światowych metropolii i prowincjonalnych miasteczek tworzą barwny kalejdoskop wrażeń, przeżyć i obserwacji.

„Czytajcie tę książkę tak, jak będziecie mieli ochotę, w całkowicie dowolnej kolejności, otwierając ją na zupełnie dowolnej stronie, nieważne, od końca, początku czy środka. Chodzi przecież o wolność – ściśle mówiąc, z jej właśnie powodu pisałem wszystko, co odnajdziecie na tych kartach.”
Jurij Andruchowycz

  • Tylko szaleńcy i encyklopedyści porządkują świat według znaków alfabetu. Jedni i drudzy próbują w ten sposób wprowadzić chwilowy ład w chroniczną nieciągłość naszego doświadczenia. Ale można też alfabetyczny porządek wziąć w ironiczny cudzysłów i zaprząc do własnych celów. Tak właśnie postąpił Jurij Andruchowycz, kreśląc swoje niewidzialne mapy widzialnych miast. Wyruszamy wraz z nim z Aarau, by skończyć w Zurychu, po drodze mijając Drohobycz, Guadalajarę, Ystad i ponad setkę innych miejsc. Mapa jest ostentacyjnie prywatna, a pisarz idąc za kolejnymi literami alfabetu, naśladuje chaos, który okazuje się wiarygodnym kryptonimem naszego życia. „Leksykon miast intymnych” to nie tylko kalejdoskopowa opowieść o miastach zobaczonych i zapamiętanych przez Andruchowycza. To także małe narracje o nim samym, o jego – tak, proszę państwa – niebywałym wprost życiu i twórczości.
  • Czytając „Leksykon miast intymnych”, odbywamy liczne podróże do miejsc nieoczywistych w zupełnie oczywistych miastach. Jest to książka niezbędna dla czytelnika, który lubi podróżować, nawet takiego, który swoje najlepsze podróże odbywa, siedząc w fotelu. „Leksykon” jest zarówno atlasem świata Jurija Andruchowycza, jak i mapą jego podróży.
  • Książka Andruchowycza nie jest w żadnym razie podróżą wygodną autostradą. Przypomina raczej sinusoidę prowadzącą czytelnika od stałości do nieoczywistości mrocznych rejonów naszego kontynentu, nad którymi patronat sprawuje groźny demiurg Historii sprzysiężony z nieubłaganą Geografią.
  • Autor pokazuje nam siebie, jako niezwykle oczytanego znawcę literatury europejskiej, wielkiego patriotę, poliglotę, znawcę języka ukraińskiego. „Leksykon miast intymnych” to znakomita wizytówka Andruchowycza. Dowód na to, że jego życie było i zapewne nadal jest niezwykłe, co nie jest dane większości.
  • Reportaż ma wiele odmian – od rzeczowej i bogatej w fakty relacji, przez wzbogacony o literacką fikcję „wielki” reportaż w stylu Kapuścińskiego, po zakręcone gonzo, któremu bliżej do świata fikcji niż do dziennikarstwa.
  • Obok najnowszej książki Andruchowycza nie można przejść obojętnie – dosłownie. Przyciąga już sama minimalistyczna, designerska okładka. Nie mniej atrakcyjny jest tytuł – przewrotnie łączący naukowość z intymnością i urbanistykę z seksualnością. Apetyt wzrasta jeszcze bardziej, gdy wzrok zatrzymuje się na podtytule.
  • Jurij Andruchowycz postanowił napisać specyficzny leksykon. Ta książka ma odzwierciedlać stany jego ducha w zderzeniu z różnymi miastami świata, ma być zbiorem anegdot i bardzo poważnych przemyśleń, esejów osadzonych w klimacie miejsc, jakie podczas czterdziestu lat życia ukraiński poeta zwiedzał mniej lub bardziej świadomie, będąc tam dłużej i na tyle krótko, by poświęcić danemu miastu kilkunastozdaniową wzmiankę.

Dyskusja

Aarau, 2006

Aarau leży w Argowii, której niemiecka nazwa brzmi Aargau, nad rzeką Aare.
To oznacza, że Aarau znajduje się w środkowej Szwajcarii, w kantonie Aargau,
niedaleko miasta Aarburg. W tej książce Aarau na pewno by nie było, gdyby
jego nazwa nie zaczynała się od fantastycznie alemańskiego podwójnego a.
A może wcale nie alemańskiego, tylko celtyckiego? Otwieram usta i wypowiadam
„Aarau”, przeciągając do granic możliwości tę przyjemność z „aa”. Kiedyś
zdradziłem pomysł na tę książkę Walterowi Mosmannowi, który zapytał: „A jakie
miasto będzie pierwsze?”. Odpowiedziałem, że Augsburg. „Chociaż nie bardzo
wiem, co miałbym o nim napisać” – dodałem. Wtedy Walter poradził mi, żebym
zaczął od duńskiego miasta Aarhus. „W ten sposób będziesz miał miasto z podwójnym
a na początek książki” – stwierdził. „Ale ja tam nie byłem” – skontrowałem.
„To pojedź” – powiedział Walter. Nie pojechałem jednak, bo po sprawdzeniu
pisowni i transliteracji odkryłem, że to nie Aarhus, tylko Arhus, co cyrylicą – fonetycznie
– należy zapisać jako Orchus.
Okazało się natomiast, że do Aarau jest całkiem blisko – pociągiem jakaś godzina.
To znaczy najpierw trzeba było znaleźć się w Szwajcarii, a potem zdać sobie sprawę,
jak dogodnie jest ona urządzona – w sensie kolejowym. Jakby specjalnie dla tych,
którzy w każdej chwili i bez namysłu gotowi są ruszyć w drogę. Tak więc znienacka
wsiedliśmy do pociągu – i z miasta Zug, w kantonie Zug, bez namysłu ruszyliśmy
do miasta Aarau, w kantonie Aargau.
W mieście Aarau stał pomnik; poprosiłem Pat, żeby zrobiła mu zdjęcie. Ogromnie
spodobał mi się napis: „HEINRICH ZSCHOKKE 1771–1848. Pisarzowi, mężowi stanu
i przyjacielowi ludu – OJCZYZNA”.
Zrozumiałem, że nasza podróż nie była daremna. Przykład nieznanego mi
Heinricha Zschokkego okazał się kluczowy. Teraz mam przynajmniej doniosły cel
w życiu – zostać pisarzem, mężem stanu i przyjacielem ludu. Tylko czy odwdzięczy
mi się za to OJCZYZNA? I czy odwdzięczy się pomnikiem? A tak by się chciało!

Ałupka, 1966

Czy to alfabetycznie, czy chronologicznie – tak czy siak, w tej książce Ałupka zajmuje
drugie miejsce. Jeśli chronologicznie, to ma przed sobą tylko Użhorod.
„Ałupka” rymuje się z „chałupka”, a także – nieco mniej dokładnie – z „pupka”
i „szalupka”. To ostatnie nieźle wiąże się z morzem, nawet tym Czarnym. Mój ojciec,
znany żartowniś, znalazł kiedyś jeszcze jeden ukraiński rym – „załupka”, czyli cipulka.
Przy tym głośno wyrażał radość ze swojego odkrycia, sądząc, że jestem za mały,
żeby zrozumieć, co w tym takiego śmiesznego. „Zagrajmy w taką grę – mówił. – Ja
wymieniam miasto, a ty dodajesz na początku z”. Kiwałem głową na zgodę. „Ałuszta”
– zaczynał tata. „Załuszta” – odpowiadałem ja. „Ałupka”. Ojciec wyczekująco
mrużył oczy. „Załupka” – odpowiadałem, a ojciec zanosił się gromkim śmiechem.
Działo się to, rzecz jasna, na plażach Krymu. Śmiem podejrzewać, że ojcu bywało
tam nudno i szukał sobie rozrywek. Ale to już inna epoka, początek lat siedemdziesiątych.
Do Ałupki po raz pierwszy trafiłem natomiast pół życia wcześniej. Skąd wiem,
że właśnie w 1966 roku? Stąd, że tego dnia na schodach prowadzących do pałacu
księcia Woroncowa kręcono film kostiumowy o przejmującym tytule Poemat dwóch
serc. Właśnie odszukałem go w informatorach: studio filmowe Uzbekfilm, rok 1966,
reżyseria Kamił Jarmatow.
Czy nie za dużo tego wszystkiego spadło na mnie tamtego dnia?
Po pierwsze, dwugodzinna podróż motorówką z Gurzufu, południowe wybrzeże,
wszystkie jego skały, jaskółcze gniazda, pasma górskie, Aj-Petri.
Po drugie, droga od przystani do zachodniej bramy pałacu i cała ta mieszanka Anglii
z Alhambrą, Buckingham z Mauretanią, Waltera Scotta z Harunem ar-Raszidem.
Po trzecie, kamienne lwy po obu stronach paradnych schodów – zwłaszcza ten
śpiący. („Nie obudź w nim bestii” – zażartowałby mój ojciec, gdyby w tamtym roku
mógł przyjechać z nami).
Po czwarte, pani przewodniczka poważnie oznajmiła, że „nie ma Boga nad
Allaha”.
A po piąte, kręcono tam film, Poemat dwóch serc, orientalny melodramat w bajkowej
scenerii: „Śpiewak Murad Ali, ujrzawszy przypadkiem portret tancerki szacha
Madiny Banu, zakochuje się w pięknej dziewczynie i wyrusza na jej poszukiwanie.
Trafia do pałacu szacha i wkrótce pozyskuje wzajemność wybranki. Ale szach dowiaduje
się o wszystkim. Rozgniewany władca daje śpiewakowi wybór: rozstanie
z ukochaną lub publiczne spalenie obojga. Wierni swojej miłości Madina Banu
i Murad Ali wybierają śmierć w płomieniach”. Pamiętam, że potem, we Frankiwsku,
poszliśmy do kina Kosmos, gdzie można było to wszystko zobaczyć. Mama chyba
płakała – jakby to był indyjski film, a nie uzbecki.
Tamtego dnia w Ałupce na każdym kroku trafialiśmy na rozmaite postaci w kolorowych
turbanach, szarawarach i dżalabijach – aktorów pierwszo-, drugo-, trzecioplanowych,
uczestników scen zbiorowych. Błądzili po wszystkich korytarzach,
podwórzach, gromadzili się przed główną bramą, na schodach, całymi grupami
obsiadali fontanny, kwietniki oraz kioski z piwem i napojami. Wszystko to przypominało
podupadły moralnie bagdadzki bazar z czasów kalifatu.
Tancerki nie pamiętam, ale doskonale pamiętam szacha, który grał w szachy
z Muradem Alim, by zabić czas w przerwie.
Jeden z aktorów, gruby i poważny, jakiś wielmoża i pewnie wedle scenariusza
wielki niegodziwiec (Abbas Bakirow? Baba Annanow? Zakir Muchamedżanow?),
chwalił się mamie swoimi klejnotami. Pamiętam diament w jego zawoju i pierścień
z błyszczącym rubinem na palcu.
Pamiętam, że nawet ja, sześciolatek, nie wierzyłem mu, kiedy mówił, że są prawdziwe.
Nikogo z nas w tym filmie i tak nie pokazali.

Antwerpia, 2006

Za nic nie mogę sobie przypomnieć nazwy tej ulicy. Jestem pewien, że znajduje
się gdzieś niedaleko głównego dworca kolejowego, Antwerpen Centraal. Ale co
to znaczy „niedaleko”? To może być i pięć minut na piechotę, i dwadzieścia pięć.
Na planie miasta taka różnica będzie bardzo istotna. Pozostaje mi wspominanie
wszystkiego innego, bez uciekania się do skrupulatnej dokładności topograficznej.
A więc tamta ulica. Pamiętam, że dość wąska i nieco wygięta. Ktoś, i niebezpodstawnie,
mógłby ją nawet nazwać uliczką. Historyczne centra chyba wszystkich
europejskich miast są poszatkowane właśnie nie ulicami, tylko uliczkami. Flandria
nie jest tu wyjątkiem, lecz jednym z naocznych przykładów.
A więc tamta uliczka. Cała była niezwykle przedziwna – jakby wymyślił ją Bruno
Schulz. Przez moment Antwerpia zdała mi się Drohobyczem – rzecz jasna, nieco
czystszym.
Tyle że Schulz pisał o sklepach cynamonowych, a tu były brylantowe. Sklepy,
pracownie i magazyny – cokolwiek się tu znajdowało, było wyłącznie brylantowe.
Słowem, na tej ulicy diamenty z całego świata przeistaczały się w brylanty. Tu
je gromadzono, oceniano, ważono, szlifowano i oprawiano. I zapewne od czasu
do czasu sprzedawano. Słowo „diamenty” to jedno z pierwszych skojarzeń
ze słowem„Antwerpia”. A najbliżsi Antwerpii i diamentów są chasydzi. Jeśli ktoś
chce wiedzieć, jak wyglądała miejscowa ludność na starych przedmieściach Kołomyi,
Bolechowa czy wspomnianego już Drohobycza zaledwie sto lat temu, niech
jedzie do Antwerpii, diamentowej stolicy Zachodu. Niech pełną piersią odetchnie
diamentowym pyłem na tej uliczce Krokodyli.
Jej mieszkańcy są dokładnie tacy, jacy być powinni – wzorcowi, okazowi, ortodoksyjni,
przyodziani przeważnie w czerń, z brodami i pejsami, najczęściej w kapeluszach,
ale gdzieniegdzie trafiają się i jarmułki albo nawet wielkie futrzane czapy,
wszyscy niczym z ilustracji w atlasach historyczno-etnograficznych albo ze starych
sepiowych fotografii, wszyscy niczym świeżo z Podola, Galicji, Bukowiny, z jakichś
zapadłych wołyńskich, transkarpackich i transylwańskich miasteczek, ale nie dzisiejszych,
tylko takich, których w rzeczywistości już nie ma, z których pozostały tylko
toponimy. W nazwach ich antwerpskich dynastii niezmiennie pobrzmiewa echo
jednej i tej samej części świata: Pshevorsk, Satmar, Vizhnitz, Chortkov, Lubavitch.
I wszyscy oni siedzą na diamentach. Są ich tysiące, a na tej ulicy zgromadziły
się dziesiątki.
Ale wszyscy trzymali się jednej, z naszego punktu widzenia – lewej strony.
Po prawej ciągnęły się takie same sklepy z diamentami, pracownie szlifierskie
i tym podobne zakłady jubilerskie. Obok nich stali Hindusi. Dlatego że oprócz
chasydów diamentami w Antwerpii zajmują się właśnie oni.
I wyglądało to jakoś bardzo ekstremalnie: ta konkurencja egzotycznych czarowników,
te dwie kolonie, dwie diaspory, dwie cywilizacje, dwie tysiącletnie szkoły
szlifowania rzeczywistości, brylantowa potyczka Jahwe i Sziwy, Spinozy i Kabira,
lewa strona ulicy i prawa, dwa brzegi wieczności, czarni, czasem czarno-biali chasydzi
i kolorowe miedzianoskóre dżinny w jeszcze bardziej kolorowych turbanach,
Przeworsk i Gudźarat, Europa Wschodnia i Indie Zachodnie, Galicja i Golkonda,
dwie diamentowe półkule świata.
Bo kto szlifuje diamenty, ten włada światem, prawda?
Dorównać tej megametaforze zdołali tylko bezdomni na Antwerpen Centraal.
Nadciągała noc, więc przybywali do hali głównej pod jej fantastycznie wypukłe,
katedralne sklepienie, wypełzali ze wszystkich zakamarków na jakieś swoje zebranie
i głośno, ochryple witali się ze sobą, wszyscy, nie wiedzieć czemu, wyłącznie
po polsku.
(...)