Dla mediów

Jeść przyzwoicie

Jeść przyzwoicie

Autoeksperyment

data premiery: 19.06.2013

Przekład z języka niemieckiego Karolina Kuszyk

W grudniu 2009 roku Karen Duve pod wpływem impulsu oraz dydaktycznych pogadanek nowej współlokatorki podjęła przedwczesne postanowienie noworoczne. Zdecydowała się przeprowadzić na sobie wyjątkowy eksperyment dietetyczno-etyczny. Przez dziesięć miesięcy miała zamiar sprawdzić, jak na organizm, środowisko i gospodarkę wpływają radykalne zmiany żywieniowe. Czy to prawda, że mięso truje? Może człowiek nie powinien pić mleka? Czemu kurczak w supermarkecie kosztuje jedno euro, a warzywa są jak z obrazka? Na pierwszy ogień idzie dieta ekologiczna, potem wegetariańska, wegańska, a w końcu frutariańska. Karen Duve musi nauczyć się uważnie czytać etykiety, bierze udział w akcji uwalniania kur z przemysłowej fermy i czyta tony specjalistycznej literatury. Ktoś mógłby pomyśleć, że w ten sposób łatwo popaść w neoficki zapał i szybko zmienić się w „zielonego fanatyka”, ale Duve opisuje swoją przygodę z humorem i dystansem. Jeść przyzwoicie to książka o ideologii, która kryje się za jedzeniem, ale przede wszystkim o tym, że warto się zmieniać, dbać o środowisko i myśleć krytycznie.

  • Świetnie napisana, wciągająca książka. Lepiej nie zaczynać czytać, bo trudno się oderwać. A przecież Otto von Bismarck nieprzypadkowo ostrzegał, że ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i kiełbasę (i na jednym, i na drugim znał się w końcu nie najgorzej). Po lekturze dojść możecie do wniosku, że wszystko, cokolwiek leży na waszym talerzu, jest albo niemoralne, albo nielegalne, albo tuczące i niezdrowe. I co wtedy? Kiedy przez tydzień próbowałam powtórzyć eksperyment autorki i jeść przyzwoicie, żeby zostać lepszym człowiekiem, z przerażeniem odkryłam, że aby nikogo nie krzywdzić, musiałabym się ograniczyć chyba tylko do jedzenia soli kamiennej. Własnoręcznie wydobywanej (kto tam wie, jakie są warunki zatrudnienia w kopalni?)
  • Książka Duve to nie tylko pasjonująca opowieść o własnych doświadczeniach, ale także zakrojona na wielką skalę próba zbadania warunków masowej hodowli zwierząt i przemysłowej produkcji spożywczej.
  • Protokół z eksperymentu żywieniowego przeprowadzonego ze skrupulatną konsekwencją napisany przez osobę dociekliwą i zdeterminowaną, a przy tym pełną pogody ducha.
  • Dzięki mieszance autoobserwacji, celnych dialogów i żmudnej pracy dokumentalistycznej raport Karen Duve to inspirująca lektura, w której ani przez chwilę nie pobrzmiewa ton nadętego moralizatorstwa.
  • Po przeczytaniu tej książki będziesz innym człowiekiem.
  • To książka z tych, które połyka się z apetytem.
  • Nieustanne zmaganie się ze sobą stanowi o wartości i wyjątkowości opowieści Karen Duve: to opowieść niedogmatyczna, wolna od zapalczywości; pozbawiona arogancji neofity, który właśnie odkrył odpowiedź na pytanie „jak żyć”. Duve prowadzi swój autoeksperyment na oczach czytelnika i przez cały czas ukazuje mocne i słabe strony podejmowanych przez siebie decyzji.
  • Kulinaria coraz śmielej wgryzają się w kulturę. Na ostatnim festiwalu filmów dokumentalnych Planet+ Doc w Warszawie w ramach sekcji „Jedz lokalnie, myśl globalnie“ oglądaliśmy filmy o poszukiwaniu nieznanych gatunków owoców tropikalnych, ginących tuńczykach, o małżach i miłości. W kioskach pojawiają się nowe, piękne magazyny kulinarne. Trudno o lepszy moment na przeczytanie książki „Jeść przyzwoicie. Autoeksperymen” Karen Duve.
  • Jak Spurlock w McDonaldzie, tak Duve zaczyna zaopatrywać się wyłącznie w sklepach oferujących żywność z etykietą bio. I tak zaczyna się jej podróż między półkami, na których obok koszy ze zdrowym jadłem ustawione są rozmaite mity współczesności.
  • Duve napisała książkę czerpiąc z własnych przeżyć: intymną, bezpośrednią, która jest jednocześnie rzetelnym kompendium wiedzy o produkcji żywności i hodowli zwierząt.
  • Duve tworzy fascynującą historię o tym, co się wydarzy, gdy postaramy się zdjąć klapki z oczu i zahamować nasze mechanizmy wyparcia.

Dyskusja

1 Grudzień 2009

"Niczego nie osiągnąłem. Cóż mogą zmienić
zwykłe filmy, skoro nawet katastrofa
w Czarnobylu niczego nie zmieniła?"
Horst Stern

Rankiem tego dnia, kiedy postanowiłam zostać lepszym
człowiekiem, stałam nad zamrażarką w supermarkecie
REWE, trzymając w ręce płaskie opakowanie z napisem
„Przysmak z grillowanego kurczaka” – produkt kupowany
przeze mnie często i chętnie, smaczny, tani i łatwy do
przygotowania. Dzięki aluminiowej foremce nie trzeba
nawet brudzić patelni. Wystarczy nastawić piekarnik na
sto osiemdziesiąt stopni, otworzyć go, raz-dwa wsunąć
danie do środka, a po godzinie przełożyć na talerz chrupiące
i skwierczące mięso. Już miałam wrzucić mrożonkę
do koszyka, gdy nagle z głębi supermarketu wynurzyła
się Jiminy, podbiegła do mnie i wyrwała mi ją z rąk. Jiminy
naprawdę nazywa się Kerstin. Pół roku temu Kerstin
wprowadziła się do jednego z pokoi mojego brandenburskiego
domu, w zamian za co ja otrzymałam prawo do
korzystania z jej lokum na berlińskim Kreuzbergu. Od
tamtej chwili zaczęły się ścierać nasze dwa światy. Kerstin
odżywiała się prawie bezmięsnie, większość produktów
spożywczych kupowała w sklepach ekologicznych i najwyraźniej
czuła się powołana do komentowania moich
zwyczajów żywieniowych.
Nazwałam ją „Jiminy” na cześć świerszcza z disneyowskiej
wersji Pinokia. Pinokio, obdarzony życiem przez
Dobrą Wróżkę, z początku nie posiadał jeszcze sumienia
i dlatego otrzymał za towarzysza gadającego świerszcza,
który miał go wspierać radą w kwestiach natury etycznej,
a kiedy to konieczne – udzielać reprymendy. W filmie
Disneya Jiminy, świerszcz odpowiedzialny za sumienie Pinokia,
nosi surdut, kamizelkę, koszulę ze sztywno nakrochmalonym
kołnierzykiem, bryczesy, halsztuk i pantofle, na
głowie ma cylinder, a pod pachą – nieodłączny parasol.
– Jak możesz kupować mięso torturowanych zwierząt?
– wrzasnął mój świerszcz. – Przecież dobrze wiesz,
w jakich warunkach hoduje się te kurczaki.
Fakt. Musiałam przyznać, że gdzieś głęboko, w najgłębszych
zakamarkach świadomości kryła się informacja, że
warunki, w jakich muszą żyć kurczaki takie jak ten, są raczej
niekorzystne.
– Zasada jest prosta: im produkt tańszy, tym gorsze
warunki hodowli – oświadczyła Jiminy, pochyliła się nad
zamrażarką i odłożyła opakowanie na miejsce. Wskazała
mi cenę przyklejoną po zewnętrznej stronie pojemnika
z mrożonkami.
– A dwa euro dziewięćdziesiąt dziewięć centów za całego
kurczaka każe domyślać się aktów bezprzykładnego
okrucieństwa.
Przed oczami stanęły mi obrazy z filmu dokumentalnego,
który oglądałam kiedyś późnym wieczorem na ZDF: młode
kurczaki z pozbawionymi pierza szyjami, stłoczone całymi
tysiącami na zatrważająco małej przestrzeni, kury o częściowo
amputowanych dziobach, z połamanymi nogami, zdychające
na posadzce pokrytej grubą warstwą zaschniętych
odchodów, deptane przez inne kury. Myślenie o wszystkim,
co się wydarzyło, nim anonimowa masa mięsa trafiła do aluminiowej
rynienki, nie było przyjemne, w dodatku kosztowało
mnie wiele silnej woli i samozaparcia – tym bardziej że
wskutek tego umysłowego wysiłku nie pozostało mi oczywiście
nic innego, jak tylko odmówić sobie owego „przysmaku”.
*
Wczesnym popołudniem tego dnia, kiedy postanowiłam
zostać lepszym człowiekiem, siedziałam przed telewizorem,
jadłam wegetariańskie i – przyznaję – całkiem smaczne curry,
które przyrządziła Jiminy, i wysłuchiwałam jej komentarzy
na temat moich telewizyjnych zwyczajów, zadając sobie
w duchu pytanie, czy odstąpienie jej pokoju aby na pewno
było dobrym pomysłem. Obok fotela leżał mój chory na
raka buldog Bulli i od czasu do czasu posyłał mi pełne rozczarowania
spojrzenie. Gdybym kupiła danie z kurczaka,
mógłby swoim zwyczajem asystować mi przy posiłku. Na
NDR leciał typowy dla przedświątecznej popołudniowej
ramówki zwiastun reportażu o pewnym hodowcy drobiu
z Dolnej Saksonii, który trzyma się starych dobrych metod
i wypuszcza swoje gęsi na łąkę. Niebo w telewizorze było
wiosennie błękitne, kwitła wiśnia, a gęsi, skubiąc świeżą trawę,
człapały po łące i z zaaferowaniem gęgały. Prowadząca
program wpadła w taki zachwyt, że trzy razy powtórzyła
słowo „szczęśliwy” – szczęśliwe gęsi, szczęśliwe zwierzęta,
mięso szczęśliwych gęsi.
– Jeśli w święta koniecznie musisz jeść pieczeń z gęsi,
to przecież zawsze możesz sobie zamówić taką z dobrej
hodowli – zaproponowała ugodowo Jiminy.
– Skąd wiesz, że im tam dobrze? – prychnęłam. – Wcale
nie są szczęśliwe. Zresztą teraz i tak już po nich.
Nadal miałam jej za złe, że ośmieliła się mnie pouczać.
Któż z nas lubi, gdy inni prawią mu morały?
– O wiele za duże stado – rzuciłam, spoglądając w stronę
ekranu, chociaż nie miałam bladego pojęcia, ile gęsi powinno
liczyć idealne stado. – Myślisz, że dobrze się czują
w tej masie? Widzisz gdzieś wodę? Kobieto, przecież to
gęsi! Gęsi! Mają błony pławne nie po to, żeby deptać po
trawie. One są stworzone do pływania!
Jiminy z zakłopotaniem spojrzała na ekran. Rozparłam
się wygodniej w fotelu. Jakie to przyjemne uczucie, wytrącić
broń z ręki komuś, kto przewyższa cię pod względem
moralnym.
– Poza tym uważam, że to bardzo mało prawdopodobne,
by któraś z nich kiedykolwiek widziała swoją matkę –
perorowałam dalej. – Przychodzą na świat w wylęgarni. To
sieroty. Pierwszą rzeczą dostrzeganą przez nie po wykluciu
się jest żarówka, którą biorą za słońce – i nigdzie matki
witającej je uspokajającym gęganiem… Jak okiem sięgnąć,
setki takich jak one sierot i ani jednego bajorka, w którym
mogłyby się potaplać.
– Moim zdaniem i tak będzie najlepiej, jeśli urządzisz
sobie wegetariańskie święta – orzekła Jiminy. Odburknęłam
coś niewyraźnie.
(...)