Dla mediów

Dzienniki kołymskie

Dostępny audiobook

Dzienniki kołymskie

data premiery: 05.12.2011

„Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…

Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI”.

Jacek Hugo-Bader

Dyskusja

  • Thumb_default |

    Moj pierwszy Bader. Od pierwszego wejrzenia!

  • Thumb_default |

    Nie umiem być obiektywna, bo kocham każde słowo napisane przez Pana Jacka Hugo-Badera. Polecam!!! I czekam na kolejne książki, reportaże, wywiady, artykuły... cokolwiek :)

  • Zaloguj się aby dodać komentarz

Część I · Syndrom milczenia

Sierp i młot, młot i sierp
To jest nasz radziecki herb.
Chcesz, to siej, a chcesz, to kuj.
Tak czy siak dostaniesz chuj.

– Bałeś się? – pytam.
– Nic a nic. Przecież ja umieram.
Wybucham śmiechem jak głupi, ale się nie obraża, bo wiele
osób tak reaguje na stres. I ja czasem tak mam. Dla usprawiedliwienia
dodam, że właśnie przypomniał mi się stary czeski czy
też polski kawał o Pepiku Vondráčku, który, gdy rzecz szła o komunistach,
mawiał: „A ja se nebojím, ja mam raka”.
A Iwan Iwanowicz ciężko chore serce i termin, to znaczy kilka
tygodni, a może miesięcy życia przed sobą. Tak mówią lekarze.
Umiera, więc nie bał się jako jedyny i tak samo jak ja nie urżnął
się jak nasi towarzysze. Nie wiedziałem, że powinienem był,
że przede mną siedem najstraszniejszych minut w moim życiu,
że będę się bał nawet bardziej niż tego dnia, kiedy w czasie
pierwszej wojny czeczeńskiej Rosjanie brali miasto Szali, a ja nie
zdążyłem zwiać z cywilami.
Skąd wiem, że to tylko siedem minut? Bo włączyłem dyktafon,
kiedy wsiadałem na naszą maleńką łódeczkę. On mierzy długość
nagrania. Wyłączyłem go na drugim brzegu. Teraz słyszę,
że wszyscy milczeli jak zaklęci, kiedy niesione prądem zwały
lodu z przeraźliwym hurgotem napierały na metalowe burty,
silnik wył jak opętany na najwyższych obrotach, a ja pękałem
ze śmiechu.
Tak wyglądała nasza przeprawa przez potężną syberyjską
rzekę Ałdan w ostatnich dniach października zeszłego roku.
Ale dlaczego ja o tym opowiadam? Ano dlatego że wydaje
mi się, że trzeba mieć raka, ciężko chore serce albo głowę, żeby
tu żyć. Nie mieć naprawdę nic do stracenia albo innego wyjścia,
żeby osiedlić się na biegunie okrucieństwa. Tak ludzie
mówią i piszą o Kołymie. Innym razem mówią o największym
koszmarze dwudziestego wieku, najstraszniejszej, przeklętej
albo najdalszej wyspie Archipelagu Gułag, jego lutym biegunie,
ruskiej Golgocie, białym krematorium, arktycznym piekle,
mroźnym obozie bez pieców, czy też, nie przymierzając,
machinie do przemysłowego mielenia mięsa i kruszenia kości.
A wiecie, że ludzkie mięso w smaku podobno jest takie samo
jak reniferowe – bardzo delikatne, chude i lekko słodkie? Nie
wiem, skąd miejscowi to wiedzą. Domyślam się, że to opinia
przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mówi się, że połowa
obecnych mieszkańców Kołymy to potomkowie zeków, byłych
więźniów łagrów. Drugie albo trzecie pokolenie. Zek (w radzieckich
dokumentach zapisywane jako z/k) to skrót od słowa zakluczonnyj
– zamknięty, więzień po prostu. Kiedy uciekali
z obozów,
niekiedy brali ze sobą w tajgę słabszego kolegę. To były „ucieczki
z kanapką” albo „z krową”, która sama podążała za kimś, kto
wreszcie ją zjadał.
Ale wracając do mięsa: to pewnie z powodu podobieństwa
smaków miejscowe niedźwiedzie są tak piekielnie niebezpieczne.
Renifery to ich przysmak, a człowiek to dla nich renifer, który
nie potrafi biegać, ofiara bez rogów, zwyczajny pierdoła, łatwa
zdobycz. Raz taki miszka popróbuje człowieka i się rozsmakuje.
Już mu się nie będzie chciało uganiać po górach za reniferami
i łosiami, nie będzie zbierał jagód, borówek i jarzębiny, wypuszczał
się na grzyby i do śmietników. Będzie trzymał się Traktu
Kołymskiego, osiedli ludzkich, obozowisk poszukiwaczy złota.
Ileż ja historii o nich słyszałem! Choćby o górniku z Susumanu,
który stał na drodze, bo złapał gumę, a kiedy zobaczył niedźwiedzia,
zamknął się w samochodzie. Zwierzak jak szajbus rozpruł
blachę na dachu i wyciągnął swoją ofiarę jak świńską tuszonkę
z puszki. Takie niedźwiedzie nazywają szatunami. To po rosyjsku
znaczy „włóczęga”, ale na Kołymie to słowo jest zarezerwowane
tylko dla niedźwiedzi szaleńców, ludojadów.
W ostatniej dekadzie najgłośniej było o szatunie, który wiele
lat grasował wzdłuż Traktu Kołymskiego w Górach Wierchojańskich.
Ogromny jak czołg samiec, prawdziwy potwór, żywa
machina. Był znaczny, bo chodził ze stalową pętlą na szyi.
Na Kołymie na niedźwiedzie stawiają wnyki i ten nasz przed
laty wpadł w takie. Myśliwi przyszli po kilku dniach. To był ojciec
i dwaj jego synowie. Niedźwiedź wisiał na pętli w ogromnym
dole, który wyrył pazurami, walcząc desperacko o wolność. Żył
jeszcze. Myśliwi usiedli i zapalili. Z przyjemnością gapili się na
konwulsje zwierzaka. Smakowali jego męczarnie. Potem rozpalili
ognisko, postawili w kociołku wodę na herbatę, pojedli
suszonej ryby. Wreszcie stary powiedział do synów, żeby podali
mu karabin.
Z kilku kroków wymierzył w kark olbrzyma i strzelił.
Trafił w stalową pętlę, którą zwierzak przydrutowany był do
drzewa. Niedźwiedź rozerwał go na strzępy, potem dopadł tego,
który podał ojcu karabin. Tak został szatunem. Drugiemu chłopakowi
udało się uciec.
Wiele lat wierchojański szatun polował na ludzi, a ludzie na
niego. Nawet za pomocą śmigłowców.
– Ja spotkałem go przy Ruczaju Szamana – opowiada Jura. –
Wyszedłem z szoferki, żeby ze źródła nabrać wody na herbatę,
ale po drodze na chwilę wlazłem na beczkę, żeby przed nocą
sprawdzić, czy pokrywy dobrze zamknięte. Już chciałem skoczyć
na dół, kiedy w ostatniej chwili zobaczyłem, że tam na mnie
czeka. Pojawił się nagle i cicho jak duch. Od razu go poznałem.
Jadę z Jurą jego kamazem cysterną z Ust-Nery
do Chandygi.
To najtrudniejszy, najbardziej odludny, najmniej uczęszczany odcinek
Traktu Kołymskiego. Mój szoferak jak zawsze zatrzymuje
się na noc przy Ruczaju Szamana na 1459. kilometrze Traktu
w Górach Wierchojańskich.
– Koniec kwietnia – opowiada dalej Jura i nalewa do kubków
wódki – w nocy temperatury spadają do kilkunastu stopni poniżej
zera, a ja w jednym sweterku, bez rękawic i czapki, no bo po
tę wodę wyskoczyłem tylko na chwilę. Przechodzę na szoferkę
i z dachu próbuję sięgnąć do klamki, żeby od góry wślizgnąć się
do środka, ale on tylko na to czeka, staje na tylnych łapach i stara
się mnie złapać. Jest ogromny, bez trudu dosięga do krawędzi
dachu. Dobrze wie, że wcześniej czy później będę musiał zejść.
Jura znajduje w kieszeni zapalniczkę, podpala plastykową
butelkę na wodę, ale ten niedźwiedź nie boi się nawet ognia.
Prawdziwy diabeł, nie zwierzak! Dopiero zbudził się z zimowego
snu, jest więc wściekle głodny. Całą noc krąży wokół ciężarówki
i czeka, aż człowiek zamarznie i spadnie w jego łapy. Ma czas,
bo na tym odcinku Traktu pojawia się najwyżej kilka samochodów
na dobę, ale na pewno nie w nocy.
Dziesięć godzin Jura skacze po dachu swojego kamaza, robi
przysiady, pompki, boksuje się z cieniem, ale wreszcie opada
z sił i zasypia na mrozie. Od śmierci ratuje go przeraźliwy ryk
klaksonu. Widzi potężną ciężarówkę KrAZ, której kierowca
próbuje rozjechać niedźwiedzia, ale drapieżnik jest zwinniejszy.
Unika zgrabnie zderzaka, więc wybawca zestawia samochody
burtami, a Jurij przez jego dach wślizguje się do ciepłej szoferki.
Samochód całą noc stał z włączonym silnikiem.
– Ale ręce odmroziłem – mówi i daje mi pustą butelkę. – Na
mrozie zawsze zaczynają boleć.
– Jeśli myślisz, że pójdę po wodę, to jesteś w błędzie.
– Daj spokój! Dwa lata temu podobno go odstrzelili. Mówią,
że trzynaście osób miał na sumieniu.
Każdego wieczoru mojej podróży prowadzę Dziennik kołymski,
który razem ze zdjęciami w skróconej formie staram się wysyłać
codziennie na portal Wyborcza.pl. Jest tam do dzisiaj, trzeba
tylko powiedzieć komputerowi, że chodzi o Dziennik kołymski.
Cofnijmy się zatem cztery tygodnie, jak Pan Bóg przykazał, do
początku podróży, do soboty 18 września 2010 roku.

Dzień I
Magadan nad Morzem Ochockim

To stolica Kołymy, o której jest już w pierwszym akapicie Archipelagu
Gułag, monumentalnej księdze Aleksandra Sołżenicyna. Ale
u mnie nie będzie o Gułagu, obozach, więźniach, głodzie, śmierci,
torturach.
Z Magadanu mam ruszyć na Trakt Kołymski, czasem zwany Magistralą
Kołymską, a w rosyjskim atlasie samochodowym – federalną
drogą Kołyma. Miejscowi najczęściej mówią jednak krótko – Trasa. To
jedyna droga na tym ogromnym terytorium, równym – przed licznymi
zmianami administracyjnymi – trzeciej części całej Europy. Innymi słowy,
to osiem i pół Polski i tylko 2025 kilometrów drogi (z kilkoma małymi
odgałęzieniami), która łączy Magadan z miastem Jakuck w Jakucji.
Chcę przebyć tę drogę. To całkowicie niedostępny, dziki, albo
raczej zdziczały kraj (trochę jak nasze Bieszczady po drugiej wojnie),
z siedzibami
ludzkimi co kilkadziesiąt, a czasem kilkaset kilometrów.
Góry. One martwią mnie najbardziej. Bo całkiem białe. Z okien
samolotu, którym przylatuję z Moskwy, widzę, że dalej od morza,
w głębi Kołymy regularna zima. Przychodzi wcześniej tego roku. To
źle. Bardzo niedobrze! Powinna poczekać jeszcze parę tygodni. Może
być wielki problem na przełęczach i rzekach, bo wiele trzeba pokonać
w bród i na promach. Kiedy woda zaczyna zamarzać, wali kra, promy
przestają chodzić i trzeba czekać prawie do grudnia, żeby jechać dalej
zimnikami, po lodzie.
Jedyny sposób pokonania tej trasy to autostop. Jazda solidnymi
ale topornymi ciężarówkami rosyjskiej produkcji: kamazami, uralami
i krazami, zwanymi potocznie błotochodami. Białoruskie liazy też się
tu sprawdzają.
Starzy ludzie mówią, że ta droga to najdłuższy cmentarz świata.
Policzyłem, że gdyby wszystkie ofiary kołymskich łagrów epoki Stalina
położyć jedna za drugą, toby się na niej nie zmieściły.
Policzmy jeszcze raz. 2025 kilometrów to ponad dwa miliony
metrów. Dzieląc przez metr i osiemdziesiąt centymetrów wychodzi
milion sto tysięcy chłopa. I dziewczyn. Że wtedy ludzie tacy nie
rośli? Zależy kto. Łotysze, Estończycy jak na tamte czasy, to chłopy
jak byki, Japończycy, Kałmucy, Tatarzy, i kobiety – dużo niżsi. Nawet
gdybym dzielił przez metr i siedemdziesiąt centymetrów, ta liczba
zmieniłaby się dopiero w drugim miejscu po przecinku. Kołyma i tak
zabrała pewnie więcej niż milion sto czy dwieście tysięcy istnień
ludzkich.
Problem w tym, że nikt nie wie ile. Gdyby zrachować wszystkie
morskie transporty z ludźmi od wiosny 1932 do lata 1956 roku, wyszłoby
nam, że na Kołymę przywieziono ponad dwa miliony więźniów.
Profesor Dawid Semionowicz Rajzman, szef katedry nauk humanistycznych
Magadańskiego Instytutu Ekonomii, przez okno swojego
gabinetu na ulicy Proletariackiej, na ukos przez skrzyżowanie z prospektem
Lenina pokazuje dawny areszt śledczy NKWD zamieniony na
archiwum bezpieki. Akta więźniów leżą tam jak oni kiedyś – w celach,
na piętrowych zekowskich narach (pryczach). Potem profesor kieruje
palec bardziej na północ i pokazuje wielkie rondo za rzeczką Magadanką
z przystankiem autobusowym o nazwie 31. Kwartał, gdzie od
1940 roku był obóz tranzytowy dla trzech tysięcy polskich żołnierzy
wziętych do sowieckiej niewoli rok wcześniej. Stąd grupami byli wysyłani
do różnych docelowych łagrów, głównie przy kopalniach złota
na całej Kołymie.
Ile więc było tych ofiar? Anne Applebaum, arcyskrupulatna dziennikarka
„Washington Post”, w swojej książce Gułag (Gułag albo
GUŁag to skrót od Gławnoje Uprawlenije Isprawitielno-Trudowych
Łagieriej i Kołonij – Zarząd Główny Poprawczych Obozów Pracy),
za którą w 2004 roku dostała nagrodę Pulitzera, pisze o 28,7 milionach
przymusowych robotników w Związku Radzieckim, z których
według dostępnych już dziś, ale, jej zdaniem, bardzo, bardzo
niekompletnych archiwaliów, 2 749 163 oddało życie. Z tego by wynikało,
że „współczynnik śmiertelności” w łagrach wynosił dziesięć
procent.
Tak zwana „pojemność” 160 obozów Kołymy to dwieście tysięcy
ludzi (tyle jednorazowo mogło w nich przebywać). To byli ludzie,
których władza radziecka wysłała na daleką Północ na zatracenie
i już nigdy nie chciała ich oglądać. Mieli tam wyginąć. Pierwszą zimę
z 1932 na 1933 rok przeżył co piąty łagiernik. Komu kończył się wyrok,
pod byle pretekstem dostawał następny i wracał w zaboj, na wyrobisko,
na przodek w swojej kopalni złota albo zostawał przesiedziałym,
czyli więźniem, który po odsiedzeniu swojego terminu, swojej pajdy
nie był zwalniany z łagru na przykład aż do końca wojny, chociaż nie
było nawet jednego ekonomicznego powodu, żeby tam był. Każdą
wykonywaną przez więźniów pracę ludzie wolni mogli wykonać taniej
i lepiej. Osobliwe, że po rosyjsku słowo „zaboj” znaczy także – „ubój”
(w sensie bydła, trzody chlewnej). Tak oto NKWD starało się połączyć
ze sobą dwa sprzeczne zamierzenia: jak największego wydobycia złota
z jak najszybszą eksterminacją ludzi uznanych przez bolszewików
za wrogów.
Generał Władysław Anders w książce Bez ostatniego rozdziału.
Wspomnienia z lat 1939–1946 pisze, że według jego ustaleń w latach
1940–1941 na Kołymę trafiło ponad dziesięć tysięcy polskich obywateli.
Wśród nich bez wątpienia były owe trzy tysiące jeńców wojennych,
o których wspominał profesor Dawid Rajzman z Magadanu. Kiedy
generał tworzył swoją armię, Rosjanie zwolnili z kołymskich łagrów
583 osoby. Tylu Polakom udało się tam przeżyć dwa lata, dwie straszne
zimy z lat 1941 i 1942. Wśród nich był Ryszard Kaczorowski, ostatni
prezydent Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie.
Najbardziej według mnie wiarygodny wskaźnik śmiertelności
na Kołymie to jedyna 171-osobowa
grupa byłych łagierników, która
dotarła stamtąd do tworzącej się polskiej armii. To byli pozostali
przy życiu polscy żołnierze z kampanii wrześniowej. Prawie wszyscy
mieli amputowane po odmrożeniach palce u rąk i nóg. Oto najprawdziwszy
wskaźnik śmiertelności! 171 osób z trzech tysięcy! 88,6
procent.
Ale o tym w moich opowieściach nie będzie prawie nic! O tamtych
czasach. Jeśli pójdę do tych ostatnich, co żyją, to z chytrości, by
tego nie stracić, bo to ostatnia chwila, żeby zapisać, co było im dane
przeżyć, doświadczyć. Bo to ludzie wyjątkowi – oni widzieli dno życia,
w łagrze przeszli granicę, poza którą rozpada się wszelka dusza. Ale
najbardziej będę chciał usłyszeć, co było później, jak z takim doświadczeniem
żyć. Jak oni żyli?
Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na
takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć
z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia,
pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą,
jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką
po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis:
WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI.
(...)