Dla mediów

Cesarz wszech chorób

Cesarz wszech chorób

Biografia raka

data premiery: 23.10.2013

Przekład z języka angielskiego Jan Dzierzgowski i Agnieszka Pokojska.

Siddhartha Mukherjee, amerykański onkolog i pisarz, opowiada historię raka, poczynając od pierwszych odnotowanych przypadków sprzed tysięcy lat, a kończąc na czasach współczesnych, badając ten temat z precyzją biologa molekularnego, wnikliwością historyka i pasją biografa. Łącząc przystępnie przekazaną wiedzę naukową z opisem konkretnych – historycznych i współczesnych – przypadków chorych, pisze fascynującą kronikę choroby, która towarzyszy ludzkości od ponad pięciu tysiącleci, i zarazem demistyfikuje tę najbardziej zdemonizowaną chorobę wszech czasów.

Książka spotkała się ze znakomitym przyjęciem środowisk naukowych i literackich. Otrzymała m.in. Nagrodę Pulitzera w kategorii Literatura faktu, Literacką Nagrodę PEN / E.O. Wilson dla Książek Naukowych, nagrodę za najlepszy debiut przyznawana przez dziennik „The Guardian” oraz nagrodę „Książki dla Lepszego Życia”. Cesarz wszech chorób został także uznany za jedną z dziesięciu najlepszych książek 2010 roku przez „The New York Times Book Review”, magazyn „Time” zaliczył go do stu najważniejszych książek stulecia, zaś „The New York Times” do stu najlepszych książek non-fiction wszech czasów.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

  • Czytam wiele, w większości profesjonalnych artykułów, tych przynoszących czysto techniczne wyniki nowych badań klinicznych i podstawowych, wyprane z wszelkich emocji, skalkulowane i mam zawsze wrażenie, że to fragment ksiąg podatkowych. Można spytać, czy istnieje potrzeba rozmawiania i przedstawiania tej nieprawdopodobnie szybko rozwijającej się dyscypliny, jaką jest onkologia, w języku przystępnym, z refleksją nad historią? Po przeczytaniu „Cesarza wszech chorób” odpowiedź jest oczywista, myśmy wręcz marzyli o takiej książce. Opowiedzieć onkologię z pasją, pięknym literackim językiem to istotne zwłaszcza w Polsce – kraju, w którym dziedzina ta cierpi na brak specjalistów, w którym studiowanie i specjalizowanie się w tej dyscyplinie uważane jest za jeden z najtrudniejszych możliwych wyborów.
  • Cesarz wszech chorób zostaje oswojony po wcześniejszym dokładnym przedstawieniu. Okazuje się, że podróż po nieznanej dotychczas historii raka może mieć ostatecznie kojące działanie. Siddhartha Mukherjee pokazuje, że zarówno w indywidualnej, jak i naukowej wojnie z rakiem liczą się małe kroki, nadzieja i spoglądanie naprzód.
  • Siddhartha Mukherjee dołącza do bractwa praktykujących lekarzy, którzy nie tylko umieją mówić o swym zawodzie, ale również wspaniale o nim pisać.
  • Trudno jest wskazać książki skierowane do szerokiego grona odbiorców, które mówiłyby o współczesnej nauce tak błyskotliwie, przystępnie i tak poruszająco zarazem. „Cesarz wszech chorób” to niezwykłe osiągnięcie.
  • Pojęcie ’popularnonaukowy’ nie pasuje do tej książki. To literatura.
  • Zaskakująco przystępna i zachęcająca narracja.
  • Horyzont literacki w „Cesarzu…” jest ogromny. Mukherjee potrafi eseistyczny „rozgardiasz” na siedmiuset stronach utrzymać w dyscyplinie. Unieważnia granice czasowe – od starożytności robi przeskok do współczesności, by następnie cofnąć się do średniowiecza. W ten sposób chce odpowiedzieć na postawione przez nie pytanie: „W którym miejscu jesteśmy w naszej wojnie z rakiem?”
  • Takie książki popularnonaukowe, które nie tylko otwierają głowy, ale także uwodzą stylem, humorem (nawet jeśli czarnym), syntezą i skojarzeniami, zdarzają się raz na wiele lat.
  • „Aby dotrzymać tej chorobie kroku, trzeba stale wykazywać się inwencją, uczyć się nowych strategii i zapominać o starych” — przypomina Mukherjee.
  • Mukherjee wywiązał się doskonale z podjętego zobowiązania: opowiedział maksymalnie dużo w stosunkowo przyswajalny sposób, ładnym, bogatym językiem, z typowo reporterską swadą.
  • W książce „Cesarz wszech chorób – biografia raka” autor w pasjonujący sposób opowiada o naukowcach, którzy wypowiedzieli rakowi wojnę. O tych, którzy podjęli próbę wniknięcia w umysł raka, zrozumienia jego osobowości. Wojny jeszcze nie skończyli, ale są na dobrej drodze, by trzymać go w ryzach.
  • Czyta się świetnie, autor poza ogromną wiedzą dysponuje również wyrafinowanym poczuciem humoru. Nie jest to tylko i wyłącznie historia naukowych odkryć, sukcesów i porażek w walce z nowotworami. Rak został przedstawiony na tle szerokiej panoramy kulturowej i społecznej.
  • „Cesarz wszech chorób. Biografia raka” to najlepsza książka popularnonaukowa opublikowana u nas w upływającym roku. Lektura obowiązkowa nie tylko dla hipochondryków.
  • Ta książka kusi, by użyć wobec niej wielu przymiotników: ważna, ciekawa, pouczająca, fantastyczna, wyczerpująca, rzetelna, wciągająca, porażająca, niezwykła. Świetna.
  • Książka jest (…) połączeniem wiedzy i doświadczenia lekarza klinicysty z dociekliwością badacza, socjologa i historyka obdarzonego talentem pisarskim oraz umiejętnością prostego, logicznego wywodu. To zupełnie wyjątkowa opowieść o odkrywaniu tajemnicy raka.
  • Książka jest (…) połączeniem wiedzy i doświadczenia lekarza klinicysty z dociekliwością badacza, socjologa i historyka obdarzonego talentem pisarskim oraz umiejętnością prostego, logicznego wywodu. To zupełnie wyjątkowa opowieść o odkrywaniu tajemnicy raka.

Dyskusja

Rankiem 19 maja 2004 roku Carla Reed, trzydziestoletnia przedszkolanka
z Ipswich w stanie Massachusetts, matka trojga małych dzieci,
obudziła się z bólem głowy. „Ale nie był to zwyczajny ból – wspominała
później – tylko pewnego rodzaju odrętwienie głowy. Takie odrętwienie,
które natychmiast sygnalizuje, że dzieje się coś bardzo złego”.
Coś bardzo złego działo się od blisko miesiąca. Pod koniec kwietnia
Carla odkryła na plecach kilka sińców. Pojawiły się pewnego ranka,
ni stąd, ni zowąd, jak jakieś stygmaty, później się rozrosły, a w ciągu
kolejnych tygodni zbladły, zostawiając po sobie ślady przypominające
mapę. Stopniowo, niemal niezauważalnie, Carli zaczęły blednąć dziąsła.
Na początku maja ta energiczna, pełna życia kobieta, przyzwyczajona
do spędzania wielu godzin z pięcio- i sześciolatkami, za którymi
trzeba biegać po całej sali, ledwie miała siłę wejść po schodach na piętro.
W niektóre poranki czuła się tak wyczerpana, że nie mogła ustać
na nogach i z pokoju do pokoju przemieszczała się na czworakach. Sypiała
niespokojnie po dwanaście, czternaście godzin na dobę, po czym
budziła się tak skrajnie zmęczona, że musiała się znów położyć spać.
Podczas tych czterech tygodni Carla wraz z mężem zgłosiła się do
lekarza ogólnego i dwa razy do pielęgniarki, ale z każdej z tych wizyt
wyszła bez badań i bez diagnozy. Zaczęła odczuwać w kościach upiorne
bóle, które przychodziły i odchodziły. Lekarka starała się znaleźć jakieś
wytłumaczenie dla złego samopoczucia Carli. Stwierdziła, że to może
być migrena, i kazała pacjentce zażywać aspirynę. Aspiryna tylko nasiliła
krwawienie z bladych dziąseł.
Carla, osoba z natury otwarta, towarzyska i tryskająca energią, bardziej
się dziwiła, niż przejmowała swoją pojawiającą się i znikającą
chorobą. Nigdy wcześniej poważnie nie chorowała. Szpital był dla niej
miejscem całkowicie abstrakcyjnym – nigdy nie miała styczności z lekarzem
specjalistą, a co dopiero z onkologiem. Tłumaczyła sobie, że jej
objawy mogą mieć różne przyczyny – przepracowanie, depresja, niestrawność,
nerwica, bezsenność. Ale ostatecznie coś w niej – jakiś siódmy
zmysł – dało znać, że w jej ciele dzieje się coś poważnego i groźnego.
19 maja po południu Carla zostawiła dzieci pod opieką sąsiadki, pojechała
do kliniki i zażądała wykonania badań krwi. Lekarka zleciła standardowe
badanie. Gdy pielęgniarz pobrał z żyły krew, wlepił wzrok w jej
kolor, najwyraźniej zaintrygowany. Płyn, który wypływał z żyły Carli –
jasny, rzadki i wodnisty – właściwie niczym krwi nie przypominał.
Do końca dnia Carla nie otrzymała żadnej wiadomości. Nazajutrz
przed południem, kiedy robiła zakupy na targu rybnym, zadzwonił
telefon.
– Musimy jeszcze raz pobrać pani krew – powiedziała pielęgniarka
z kliniki.
– Kiedy mam przyjechać? – zapytała Carla, przypominając sobie
jednocześnie plan gęsto wypełnionego obowiązkami dnia. Pamięta,
że spojrzała na zegar. Ćwierćkilogramowy stek z łososia rozmrażał się
w torbie i mógł się zepsuć, jeżeli nie trafi szybko do lodówki.
Na wspomnienia Carli z przebiegu choroby składają się właśnie takie
banalne szczegóły: zegar, dzieci, grafik dowożenia ich do szkoły, fiolka
jasnej krwi, tająca w słońcu ryba na obiad, nagłe napięcie w głosie w słuchawce.
Carla nie pamięta dokładnie słów pielęgniarki, tylko ogólne
wrażenie, że sprawa jest poważna.
– Natychmiast – tak chyba powiedziała pielęgniarka. – Proszę przyjechać
natychmiast.
*
O przypadku Carli dowiedziałem się o siódmej rano 21 maja, w wagonie
metra między stacjami Kendall Square a Charles Street w Bostonie.
Zdanie, które wyświetliło mi się na pagerze, miało charakterystyczny
rytm staccato i siłę przekazu poważnego przypadku medycznego: Carla
Reed / nowa pacjentka, białaczka / 14 piętro / proszę odwiedzić zaraz po
przyjściu. Gdy pociąg wystrzelił z długiego ciemnego tunelu, nagle ukazały
mi się przeszklone wieże szpitala ogólnego, Massachusetts General
Hospital, i okna sal na czternastym piętrze.
Domyślałem się, że Carla leży w jednej z nich, sama, przeraźliwie
samotna. Na korytarzach już pewnie rozbrzmiewał szum gorączkowej
aktywności. Między oddziałem a laboratorium na pierwszym piętrze
krążyły probówki z krwią. Pielęgniarki nosiły próbki do badania, rezydenci
zbierali dane do porannych sprawozdań, brzęczały dzwonki,
wysyłano wiadomości na pagery lekarzy. Gdzieś w głębi szpitala ktoś
włączał mikroskop i w jego okularze obraz komórek krwi Carli nabierał
wyrazistości.
Opowiadam o tym wszystkim ze stosunkową pewnością, ponieważ
pojawienie się pacjenta chorego na ostrą białaczkę wciąż sprawia, że całą
klinikę przeszywa dreszcz – od oddziałów onkologicznych na górnych
piętrach po laboratoria kliniczne mieszczące się głęboko w piwnicach.
Białaczka to nowotwór białych krwinek – jedna z najbardziej gwałtownych,
burzliwie przebiegających odmian raka. Jak lubiła przypominać
pacjentom pewna pielęgniarka z oddziału onkologicznego, w przypadku
tej choroby „nawet przecięcie skóry papierem to poważny wypadek”.
Dla onkologa szkolącego się w zawodzie ostra białaczka również
stanowi wyjątkową odmianę raka. Jej nagłość, gwałtowność, błyskawiczny,
niepowstrzymany rozwój wymuszają szybkie, często drastyczne
decyzje; jest to choroba przerażająca dla tego, kto na nią
cierpi, dla tego, kto patrzy na nią z boku, i dla tego, kto ją leczy. Ciało
zaatakowane przez białaczkę zostaje doprowadzone do kruchych
granic fizjologicznego funkcjonowania – każdy układ, serce, płuca
i krew pracują na granicy swoich możliwości. Pielęgniarki uzupełniły
luki w mojej wiedzy na temat przypadku Carli. Zlecone przez jej
lekarkę badania krwi wykazały, że poziom czerwonych krwinek był
krytycznie niski, poniżej jednej trzeciej normy. Zamiast normalnych
białych krwinek w jej krwi znajdowały się miliony dużych, złośliwych
białych komórek – w terminologii onkologicznej zwanych blastami.
Lekarka, która wreszcie postawiła poprawną diagnozę, skierowała
Carlę do Massachusetts General Hospital.
*
Idąc do sali Carli długim, pustym korytarzem, po antyseptycznie błyszczącej
podłodze świeżo przetartej wodą ze środkiem dezynfekującym,
przebiegałem w myślach listę badań, którym będzie trzeba poddać
krew chorej, i ostatni raz powtórzyłem swoje kwestie w czekającej nas
rozmowie. Pomyślałem z żalem, że w moim współczuciu jest coś wykalkulowanego,
wręcz mechanicznego. Był to dziesiąty miesiąc mojego
stażu na onkologii – dwuletniego intensywnego programu szkolenia
specjalistów od nowotworów – i miałem poczucie, że osiągnąłem punkt,
poniżej którego już się nie da zejść. Przez tych dziesięć nieopisanie trudnych,
przejmujących miesięcy zmarły dziesiątki pacjentów, którymi się
opiekowałem. Czułem, że powoli uodparniam się na śmierć i przygnębienie
– jakbym dostał szczepionkę na ciągłą emocjonalną szarpaninę.
Takich stażystów jak ja było w szpitalu siedmiu. Na papierze wydawaliśmy
się potężną siłą: byliśmy absolwentami pięciu uczelni medycznych
i czterech klinik uniwersyteckich, mieliśmy za sobą łącznie sześćdziesiąt
sześć lat pobierania nauk medycznych i mogliśmy się
poszczycić dwunastoma dyplomami ukończenia studiów wyższych
i podyplomowych. Ale ani lata nauki, ani dyplomy nie przygotowały
nas do tego stażu. Uczelnia medyczna, specjalizacja i rezydentura były
wyczerpujące fizycznie i emocjonalnie, ale pierwsze miesiące stażu
zdmuchnęły ich wspomnienie, jakby to była tylko zabawa, zerówka
przed prawdziwym szkoleniem na lekarza.
Rak był w naszym życiu wszechobecny. Zawładnął naszą wyobraźnią,
opanował wspomnienia, przedostawał się do każdej rozmowy, przenikał
każdą myśl. Skoro my, lekarze, mieliśmy poczucie, że rak całkowicie
zapanował nad naszym życiem, to nasi pacjenci czuli zapewne,
że praktycznie odebrał im życie. Paweł Nikołajewicz Rusanow, bohater
powieści Aleksandra Sołżenicyna Oddział chorych na raka, młody
duchem Rosjanin po czterdziestce, odkrywa guz na szyi i zostaje natychmiast
skierowany na oddział onkologiczny pewnego bezimiennego
szpitala na mroźnej północy. Diagnoza – nie sama choroba, lecz jej
stygmat – staje się dla Rusanowa wyrokiem śmierci. Choroba odbiera
mu tożsamość. Przyodziewa go w szpitalną piżamę (strój tragikomicznie
okrutny, nie mniej niż więzienny drelich) i zupełnie przejmuje kontrolę
nad jego działaniem. Usłyszeć diagnozę: „rak” to – odkrywa Rusanow
– znaleźć się w niemającym granic medycznym gułagu, państwie
jeszcze bardziej opresyjnym i paraliżującym niż to, w którym bohater
żył wcześniej. (Sołżenicyn chciał może, by jego absurdalnie totalitarny
oddział onkologiczny stanowił paralelę absurdalnie totalitarnego świata
poza murami szpitala, kiedy jednak zapytałem pewną kobietę chorą
na raka szyjki macicy, co sądzi o tej paraleli, powiedziała z przekąsem:
„Niestety, mnie przy tej książce nie były potrzebne żadne metafory. Dla
mnie oddział onkologiczny rzeczywiście był państwem kontrolującym
każdy ruch, więzieniem”).
Jako lekarz uczący się postępowania z pacjentami onkologicznymi
owo poczucie bycia kontrolowanym i ograniczanym znałem tylko z pozycji
obserwatora. Ale nawet z takiej zewnętrznej perspektywy wyraźnie
czułem moc tego więzienia – tępą, uporczywą siłę przyciągania, która
porywa w orbitę raka wszystkich i wszystko. W pierwszym tygodniu
mojego stażu pewien kolega, który właśnie swój staż ukończył, wziął
mnie na stronę i udzielił mi kilku rad. „To jest niby program intensywny
– powiedział, ściszając głos. – Ale tak naprawdę to program zabójczo
intensywny. Nie dopuść, żeby ta rzeczywistość przeniknęła wszystko, co
robisz. Miej jakieś życie poza szpitalem. Przyda ci się. Inaczej to tutaj
cię wessie”.
Ale nie można było nie dać się wessać. Co wieczór po obchodzie
siedziałem przez jakiś czas w aucie na szpitalnym parkingu, w nieprzyjaznym
betonowym labiryncie oświetlonym jarzeniówkami, otępiały
i niezborny. Radio bezmyślnie trzeszczało w tle, a ja kompulsywnie
usiłowałem odtworzyć wydarzenia minionego dnia. Głowę miałem
pełną historii pacjentów, a podjęte decyzje chodziły za mną i nie dawały
mi spokoju. Czy warto było zlecić kolejny cykl chemioterapii
sześćdziesięciosześcioletniej aptekarce chorej na raka płuca, u której nie
zadziałały żadne inne leki? Czy w przypadku dwudziestosześcioletniej
kobiety chorej na ziarnicę złośliwą lepiej było wypróbować sprawdzone
silne połączenie leków i ryzykować, że stanie się bezpłodna, czy
raczej wybrać połączenie bardziej eksperymentalne, dzięki któremu
zachowałaby szanse na urodzenie dziecka? Czy hiszpańskojęzyczną
matkę trojga dzieci z rakiem jelita grubego powinno się włączyć do
nowego programu klinicznego, skoro ledwo umie przeczytać formularz
zgody na leczenie, napisany trudnym urzędowym językiem?
Pozostając w codziennym kontakcie z rakiem, nie widziałem nic
poza życiem i losem swoich pacjentów, ukazującym mi się w przesyconych
barwach niczym obraz w telewizorze, w którym ustawiono zbyt
mocny kontrast. Nie umiałem się odsunąć od ekranu. Instynktownie
wiedziałem, że moje doświadczenia stanowią element toczącej się na
znacznie większą skalę walki z rakiem, ale ogarnięcie jej umysłem było
zdecydowanie poza zasięgiem moich możliwości. Jak każdy nowicjusz
byłem spragniony historii, ale też jak każdy nowicjusz nie potrafiłem
jej sobie wyobrazić.
(...)