Dla mediów

Bałkańskie upiory

Bałkańskie upiory

Podróż przez historię

data premiery: 20.01.2010

Przekład z angielskiego Janusz Ruszkowski

Po raz pierwszy oczy całego świata zwróciły się na Bałkany w 1914 roku, kiedy serbski nacjonalista zastrzelił w Sarajewie habsburskiego następcę tronu. Po raz drugi – gdy na półwyspie rozgorzała krwawa, bratobójcza wojna. Europa patrzyła wtedy na Bałkany z przerażeniem i niedowierzaniem, bo zignorowała ostrzeżenie. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych Robert D. Kaplan alarmował, że na Bałkanach wrze, a Jugosławii grozi rozpad, został zlekceważony. Przez wydawców, którzy nie chcieli opublikować Bałkańskich upiorów w obawie, że temat nie przyciągnie czytelników, i przez polityków, którzy nie dostrzegali zagrożenia.
W tym pasjonującym połączeniu reportażu i eseju historycznego autor dociera do źródeł narodowych resentymentów. Pokazuje splot gwałtownych namiętności, które doprowadziły do pełnej okrucieństwa wojny. Jego książka to również przestroga. Na świecie wiele jest miejsc podobnych do bałkańskiego kotła, etnicznych i religijnych beczek prochu, które w każdej chwili mogą niespodziewanie wybuchnąć...

  • Książka Roberta D. Kaplana nie tylko pomaga zrozumieć źródła konfliktów na Bałkanach, a zwłaszcza w byłej Jugosławii, ale w znakomity sposób ukazuje tło tych konfliktów i zaskakujące często motywy działań polityków i zwykłych ludzi. Po lekturze tej książki rozumiemy nie tylko więcej, ale także inaczej, bardziej w kategoriach konkretu niż politologicznego banału.

Dyskusja

  • Thumb_default |

    W dwóch słowach: świetna książka. Ciekawe spostrzeżenia autora który umiejętnie miesza ważne daty historyczne obok tych mniej znanych, co nie oznacza że mnie ważnych. W świetny sposób wędruje po kontinuum szczegół-ogół pokazując, jak małe rzeczy połączone

  • Thumb_default |

    Kiedy będzie dostępna? :(

  • Thumb_default |

    Właśnie, ja też bym ją chętnie zamówiła.

  • Thumb_default |

    Również jestem zainteresowany zakupem. Będzie wznowienie?

  • Zaloguj się aby dodać komentarz

Prolog
Święci, terroryści, krew i woda święcona

Dygotałem z zimna, poruszając się po omacku. Celowo wybrałem tę straszną porę, jeszcze przed świtem, żeby odwiedzić monastyr w Peciu, w Starej Serbii. W Kościele prawosławnym ćwiczenia duchowe wymagają fizycznego wysiłku, za który nagradą jest objawienie równie namacalnego piekła i raju. Jeśli intruz z Zachodu nie jest gotów odczuwać całym swoim jestestwem, to niech pożegna się z nadzieją, że cokolwiek zrozumie.
 W cerkwi Świętych Apostołów z freskami z 1250 roku moje oczy potrzebowały czasu. Minuty się dłużyły i były, niczym minione stulecia, pełne niepowodzeń. Nie miałem ze sobą latarki ani świeczki. Nic tak nie mobilizuje woli jak ślepota.
 „Ślepcowi oczy nie są zawadą;/ zawsze trzyma się tej samej drogi,/ jak pijany płota” — pisał Piotr II Petrović-Niegosz w Górskim wieńcu, arcydziele literatury serbskiej. Masakra licznych islamskich konwertytów opisana w tym poemacie jest tam usprawiedliwiana jako jedna z metod walki z muzułmańskimi Turkami. Ciemność właśnie zaczęła się rozrzedzać, a do mnie w ulotnym przebłysku zrozumienia dotarło, czym mogą być prawdziwa walka, rozpacz i nienawiść.
 Wytężając wzrok, uświadomiłem sobie pierwszą zasadę narodowego przetrwania, że cały świat może zostać stworzony z jednego małego światełka. Trzeba było jeszcze minuty, żeby z półmroku wychynęły twarze — straszne, wyniszczone głodem, twarze z przedświadomej serbskiej przeszłości, emanujące duchowością i prymitywizmem, które Zachód najlepiej poznał dzięki bohaterom Fiodora Dostojewskiego. Miałem wrażenie, jakbym znalazł się we wnętrzu czaszki, w której wytrawiono ogniem zbiorowe wspomnienia narodu.
 Sny oblekają się w kształty, halucynacje: Święty Mikołaj w purpurowej szacie i z czarnymi, świdrującymi oczami; Święty Sawa, patron Serbii i budowniczy tej cerkwi, zstępujący z wyblakłych przestworzy, by rozdzielać dary miłosierdzia i natchnienia; Chrystus Tryumfujący, odczłowieczony wiejski Bóg, który ma już za sobą ostatni etap fizycznego cierpienia, straszniejszy niż jakikolwiek zdobywca czy jakakolwiek ziemska ideologia.
 Apostołowie i święci mieszają się ze średniowiecznymi serbskimi królami i arcybiskupami. Wszyscy, jakby odbici w krzywym lustrze wiary: z wydłużonymi torsami, z olbrzymimi rękami i głowami. Wielu świętych ma wydrapane oczy. Wieśniacy wierzą, że zaprawa i farba z tych miejsc, gdzie znajdowały się oczy świętych, mogą uleczyć ślepotę.
 Przesąd? Bałwochwalstwo? Tak oceniłaby tę wiarę umysłowość zachodnia. Umysłowość, której brak — mówiąc słowami Josepha Conrada — „odziedziczonej i osobistej świadomości środków, jakimi historyczna autokracja zwalcza idee, strzeże swej władzy i broni swego istnienia”. Człowiek Zachodu — powiada dalej Conrad — „tylko w malignie [...] wpadłby na pomysł, że mogłaby go spotkać chłosta jako normalny środek śledztwa czy kary”*.
 Cerkiew ostrzegała: im głębsza ciemność, tym bardziej irracjonalny i straszny opór.
 „W Bułgarii i Grecji, w Jugosławii i we wszystkich krajach europejskich, które niegdyś znajdowały się pod panowaniem tureckim, jest tak samo — lamentowała w więzieniu madame Dełczew, ofiara czystki stalinowskiej opisana w Judgement on Deltchev Erica Amblera. — Potem nasz naród żył w swoich ścianach, w małych światach iluzji [...]. Wymalowano na tych ścianach sceny z życia narodowego [...]. A teraz, kiedy ponownie mieszkamy we własnych ścianach, zwyczaje naszych rodziców i naszego dzieciństwa powracają”.
 Odległość, jaką te monumentalne formy musiały przebyć, gdy moje oczy przyzwyczajały się do ciemności, była niezmierzona: poprzez stulecia osmańskie, najkrwawsze wojny i rządy komunistów. Tutaj, w świątyni dogmatu, mistyki i dzikiego piękna tliło się życie narodowe. I tylko z tego miejsca mogło kiedyś wybuchnąć żywym płomieniem.

 „Nie wiesz, co to znaczy zabić młotkiem, gwoździami, pałkami, prawda?”
 Ismaił usiłował przekrzyczeć muzykę, jego twarz lśniła purpurowo w świetle migających jarzeniówek. Byłem wciąż w Peciu, w Starej Serbii, w dyskotece odwiedzanej przez albańskich muzułmanów, położonej nieopodal serbskiego monastyru.
 „Wiesz, dlaczego nie lubię śliwowicy, dlaczego piję tylko piwo? Bo czetnicy [serbscy partyzanci w okresie drugiej wojny światowej] zawsze najpierw chlali śliwowicę, a potem brali się do mordowania. Wiesz, jak to jest rzucić niemowlę do góry i złapać je na ostrze bagnetu — na oczach jego matki? Być przywiązanym do płonącej kłody? Mieć dupę rozpłataną siekierą i błagać Serbów, błagać, żeby strzelili ci w głowę, ale nadaremno? A po wszystkim szli do cerkwi. Szli do swojej przeklętej cerkwi. Nie mam słów... — Ismaił się wzdrygnął. — Są rzeczy gorsze niż zło, po prostu nie da się o nich opowiedzieć”.
 Mówił dalej, przekrzykując muzykę. Miał dwadzieścia sześć lat, nie pamiętał zdarzeń, które opisywał. Powiedział, że w jego domu zalęgły się szczury. Winił za to Serbów.

Była dziesiąta trzydzieści rano, 30 listopada 1940 roku. W Bukareszcie właśnie zaczął padać śnieg. W cerkwi Ilie Gorgani, wzniesionej w XVII wieku ku czci rumuńskiego generała, który walczył z Turkami, setki świec rozświetlały sklepienie kopuły z wizerunkiem Chrystusa w czerwonej szacie. Po obu stronach nawy stały rzędami trumny okryte zielonymi sztandarami ze złotym haftem. Ministranci wnieśli tace z colivǎ — kutią dla zmarłych. Czternastu członków Legionu Michała Archanioła — faszystowskiej Żelaznej Gwardii — w tym ich przywódca, Corneliu Zelea Codreanu — miało wkrótce zostać pogrzebanych i kanonizowanych jako „narodowi święci” przez duchownych rumuńskiej Cerkwi, którzy przez całą noc śpiewali pieśni żałobne, kołysząc kadzielnicami.
 Dwa lata wcześniej, w 1938 roku, żandarmi króla Karola II udusili tych czternastu mężczyzn, rozebrali do naga, wrzucili do zbiorowej mogiły i przed przysypaniem ziemią oblali kwasem siarkowym, żeby przyśpieszyć rozkład zwłok. Tyle że u schyłku 1940 roku Karol abdykował i uciekł, a władzę w Rumunii przejęła Żelazna Gwardia. Szczątki ofiar, niewiele ponad garść prochów „na głowę”, zostały ekshumowane i złożone w czternastu trumnach, w których miały być jeszcze raz pochowane. Pod koniec nabożeństwa pogrzebowego wierni wysłuchali nagrania z przemówieniem zabitego przywódcy legionistów, Codreanu. „Wypatrujcie tego dnia — krzyczał — gdy pomścicie naszych męczenników!”
 Pomścili kilka tygodni później. W nocy z 21 na 22 stycznia 1941 roku Legioniści Michała Archanioła — odśpiewawszy hymny prawosławne, zawiesiwszy na szyi woreczki z rumuńską ziemią, wypiwszy utoczoną wzajemnie krew i skropiwszy się wodą święconą — uprowadzili dwustu Żydów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Załadowali ich do ciężarówek i zawieźli do miejskiej rzeźni w południowej części Bukaresztu, nieopodal rzeki Dymbowica. Tam, w lodowatych ciemnościach, kazali im się rozebrać do naga i wejść na czworakach na taśmociąg. Skowyczących z przerażenia przewieźli przez wszystkie etapy zautomatyzowanego uboju. Krew tryskała z bezgłowych, pozbawionych kończyn torsów, które legioniści nadziewali na rzeźnickie haki, opatrując pieczęcią: „Zdatne do spożycia przez ludzi”. Jak zapisał naoczny świadek odkrycia tej zbrodni następnego ranka, tułów pięcioletniej dziewczynki wisiał do góry nogami, „zbryzgany krwią... jak cielak”.
(...)