Dla mediów

Abchazja

Abchazja

data premiery: 03.04.2013

Abchazja ma swoje terytorium, granice i obywateli. Prezydenta, premiera, parlament i armię. Centralna Komisja Wyborcza organizuje wybory, poczta emituje znaczki. Trzydziestoletni helikopter Abchaskich Linii Lotniczych wozi pasażerów z Suchumi do wysokogórskiego Pschu, a obywateli informują agencja Apsnypress, telewizja, radio, gazety, internet.

Wojciech Górecki jest jedną z nielicznych osób, które miały okazję obserwować, jak w ciągu dwudziestu lat rodzi się, rozwija i chyli ku upadkowi abchaskie parapaństwo o spornych granicach i niejasnym statusie. Polska nie uznaje Abchazji, uważając ją za część Gruzji. Tego samego zdania jest reszta świata – z wyjątkiem Rosji, Nikaragui, Wenezueli, Nauru, Vanuatu i Tuvalu. Uznanie Abchazji i coraz liczniejszych państw o podobnej genealogii zrodziłoby dziesiątki nowych konfliktów i wywróciło do góry nogami międzynarodowy ład…


Abchazja zamyka kaukaski tryptyk Wojciecha Góreckiego, rozpoczęty Planetą Kaukaz i Toastem za przodków.

  • Literacki reportaż o Abchazach i Abchazji zamyka kaukaski tryptyk Wojciecha Góreckiego. Jest to książka napisana con amore – z uczuciem i współczuciem. Autor barwnie opowiada o życiu trudnym i radościach ludzi prostych i intelektualistów, pasterzy i żołnierzy, profesorów i chłopów. Znawca Kaukazu wprowadza nas z poczuciem humoru w zawiłości i dramaty narodów i grup etnicznych, które wiele łączy i niemal wszystko dzieli – historia, języki, kultura, mentalność… Fascynująca opowieść!
  • Wojciech Górecki kończy swój znakomity kaukaski tryptyk najbardziej osobistą „Abchazją”.Ale tak jak w „Planecie Kaukaz” i „Toaście za przodków” doskonale łączy powściągliwość analizy socjologiczno-historycznej z potoczystą narracją, wspartą zmysłem obserwacji i ciekawością wybitnego reportera. To jednocześnie książka przygodowa i hymn pochwalny na cześć odchodzącego w zaświaty klasycznego dziennikarstwa, które wszystko musi zobaczyć na własne oczy. Zwłaszcza na Kaukazie.
  • Wojciech Górecki (zbieżność nazwisk przypadkowa) napisał książkę, w której wiele jest o nacjonalizmach i stereotypach, z których rodzą się demony. Tam prawd jest tyle, ilu aktorów, i każdy umie zabijać. Nienawiść i pogarda mogą dotyczyć mieszkańców sąsiedniej ulicy lub sąsiedniego domu. Górecki pokazał nam kolejną część kaukaskiego mikrokosmosu, który dzięki niemu stał się bardziej zrozumiały i bliższy. Tryptyk ma to do siebie, że po trzeciej części się kończy. Ja jednak się nie smucę, bo wiem, że kogo oczarował tamten świat, będzie do niego wracał, a Górecki na pewno wciąż będzie o nim pisał!
  • Prawdopodobnie najlepsza książka o Abchazji.
  • Wojciech Górecki, wytrawny znawca Kaukazu, napisał książkę o Abchazji i o sobie. Mądrą, dociekliwą i pochłaniającą.
  • To fascynująca opowieść o trwającym nadal i ciągle żywym procesie rozpadu Związku Radzieckiego.
  • Abchazja, choć może nieco bardziej jak twierdzi autor powściągliwa, jest częścią tego jakże barwnego mikrokosmosu. Lektura doskonała.
  • „Abchazja” to zarazem jedna z, jak się wydaje, najbardziej intymnych książek Góreckiego. Praca, w której nie tylko Abchazowie i Gruzini stają się nam bliscy, ale i sam autor dzieli się z nami bardzo osobistymi refleksjami.
  • To, co zdecydowanie wyróżnia „Abchazję” od pozostałych dzieł reportażysty, to precyzyjnie nakreślony szkielet opowieści oraz niespotykane do tej pory uzewnętrznienie się autora.
  • Mam nadzieję, że to nie ostatnia książka Góreckiego o tym regionie – dla mnie jest on niekoronowanym carem polskiego reportażu o Kaukazie.

Dyskusja

 

 

 

 

 

 

Sanatorium Czernomoriec, Gudauta

Mieszkamy w sanatorium Czernomoriec.
Mieszkamy – dużo powiedziane. Przychodzimy jak najpóźniej
się da, gdy zapada już zmrok, a od strony Suchumi słychać
pierwsze strzały. Taszczymy trzy półlitrówki i chleb. O siódmej
włączają prąd i wodę: można przejrzeć notatki, coś przeczytać,
obmyć twarz. Zrobić herbatę. Mamy wielki słój po kompocie,
znaleziony na śmietnisku koło bazaru, i masywną sowiecką
grzałkę (zawsze wożę na Wschód grzałkę, papier toaletowy
oraz jednorazowe igły i strzykawki – gdybym trafił do szpitala).
Dwie godziny później, kiedy prąd się kończy, rozkładamy gazetę,
łamiemy chleb i otwieramy konserwy (trzymamy je w zepsutej
spłuczce od sedesu, żeby nikt nie podwędził). Wlewamy w siebie
litr wódki. Pijemy dla rozgrzewki, dla lepszego snu, dla odkażenia
po wszystkim, co widzieliśmy w ciągu dnia. Kładziemy
się w ubraniach, owijamy brudnymi kocami, poduszkę zastępuje
plecak. Nad ranem alkohol przestaje działać i budzimy się,
dygocząc z zimna (nadchodzi jesień, kończą się ciepłe noce).
Otwieramy trzecią połówkę, zapijamy resztką herbaty. Byle do
świtu. O ósmej znów dają na chwilę światło i wodę. Parzymy
nową herbatę. Myjemy zęby. Na lekkim rauszu wychodzimy
do miasta.
Sanatorium załatwiła Aida Ładaria, rzeczniczka separatystycznych
władz.
Sanatorium – też dużo powiedziane. Trzypiętrowy blok, stojący
wśród wybujałych palm i cyprysów, przypomina ruinę. Od miesięcy
nie działa kotłownia i ściany obłazi liszaj. Tu i ówdzie odpada
tynk. Z balkonów sterczą pręty zbrojeniowe. Gdzieś za budynkiem
są plaża i Morze Czarne, ale nie sposób się tam dostać, ścieżki pozarastały.
W tym klimacie nie można sobie odpuścić, wystarczy
rok-dwa i przyroda wraca po swoje, odbija ludziom karczowiska,
wdziera się do domów i na ulice. Z naszego pokoju też nie widać
morza, okna pokrywa tłusty kurz – w okolicy musiało się długo
palić – a drzwi na balkon zabito deskami. Mamy szczęście, są szyby.
Aida ostrzega, żeby w numerze absolutnie niczego nie zostawiać,
ciągle się tu włamują, chociaż wszystko już rozkradziono:
nie ma pościeli, wykładzin, popielniczek, obrazków ani koszy na
śmieci, nie ma nocnych lampek, foteli, krzeseł ani stołów. Z łazienek
na pierwszym piętrze zniknęły nawet sedesy i prysznice!
Żadnych urządzeń do rehabilitacji też oczywiście już nie ma, gabinety
obrobiono na samym początku. Pytam Aidę, ile płacimy.
Odpowiada, że za takie warunki Abchazja nie bierze pieniędzy.
Dobrze mi w Czernomorcu.
Mam dwadzieścia trzy lata i zaczynam przygodę z Kaukazem.
Jestem tu drugi raz, wcześniej jeździłem do Moskwy, na Białoruś
i Ukrainę. Już wiem, że znalazłem swój temat. Czekają na mnie
dziesiątki miejsc i setki ludzi – bojowników, pasterzy, profesorów,
prezydentów, taksówkarzy, dziennikarzy, artystów. Tysiące
historii. Czekają książki, ich mądrość i jad. Czekają odkrycia,
zdumienia, fascynacje i rozczarowania. Czuję podniecenie jak
przed długą podróżą.
To moja pierwsza wojna. Jestem reporterem, chcę dotykać
prawdziwego życia – a na wojnie życie jest zagęszczone, skondensowane,
zwielokrotnione. Musiałem przyjechać i zatrzymać
się w takim miejscu jak Czernomoriec. Najbardziej ciekawi
mnie, dlaczego do tej wojny doszło. Co się stało, że Abchazowie
i Gruzini skoczyli sobie do gardeł. Skąd się wzięła nienawiść.
Cholernie ciekawi mnie też, co z tego wyniknie.
Jeżdżę z Siergiejem Maszynskim, fotoreporterem ze Stawropola.
Nie mogłem lepiej trafić. Siergiej świetnie zna Kaukaz
i ma instynkt, bożą iskrę, szósty zmysł. Gdy już po wszystkim
pójdę w Soczi do kościoła, z nudów przyłączy się i wyciągnie
aparat. Wcześniej nigdy nie był na żadnym nabożeństwie – ale
bezbłędnie wyczuje najważniejsze momenty i ustawi się tak,
jakby całe życie fotografował śluby i komunie. Jeszcze nie wiem,
że jest alkoholikiem i nasze dzienne półtora litra – a zwykle więcej,
bo na każdym kroku częstują nas samogonem z winogron
i domowym winem – to dla niego gwóźdź do trumny. Niedługo
potem zapije się na śmierć.
Trzeciego czy czwartego dnia zapraszamy gości: dozorców Saszę
i Witalika, i konserwatora Daura. Sami Abchazowie, tylko Sasza
ma matkę Rosjankę. Przynoszą lampę naftową, mamy oddać
przy wyjeździe. Rozmawiamy, pijemy i śpiewamy. Najchętniej
Pieśń gruzińską Okudżawy, którą znamy wszyscy: Małą pestkę
winogron w tej ziemi gorącej zasadzę, / pocałuję winorośl, by kiście
dojrzałe wnet rwać, / i przyjaciół w swym domu, i miłość w swym
sercu zgromadzę, / bo inaczej to po cóż na ziemi tej wiecznej mi
trwać? (tłumaczenie Tadeusz Lubelski).
Zapraszamy jeszcze konfederatów – bojowników z Konfederacji
Narodów Kaukazu, którzy przyjechali walczyć z Gruzinami
i też mieszkają w Czernomorcu – ale odmawiają. Są z batalionu
Szamila Basajewa, sami Czeczeni. Muzułmanie. Nie piją i nie
chcą być tam, gdzie się pije. Rozmawiam z nimi na ulicy, w siedzibie
abchaskich władz i w zdezelowanej wołdze, którą jedziemy
razem na front.
Zapisuję maczkiem kolejne adresy i telefony. Buraczkowy
notesik, który dostałem kiedyś od ojca (ma zakładki z rosyjskimi
literami), stanie się moją polisą i kapitałem. Wkrótce będę miał
znajomych na całym Kaukazie. Pomogą mi wiele razy.
Ostatniej nocy zasypiamy przy lampie. Budzę się chwilę przed
piątą i podnoszę na łóżku, a na przeciwległą ścianę wpełza mój
cień. Siergiej budzi się sekundę później i w mgnieniu oka blednie.
Nagła groza. Ścisk w gardle. Coś się…
– Kładź się! – dziko wrzeszczy Siergiej, rzucam się na plecy,
powietrze rozrywa eksplozja, zasypuje nas grad szkła z rozbitego
okna, podmuch przewraca lampę i gasi ją. Jakie szczęście, przemknie
mi później, że nie zaczęliśmy się palić. Ścianę, na której
majaczył mój cień, dziurawi seria z karabinu.
Zsuwamy się na ziemię i pełzniemy w stronę drzwi, kalecząc
się odłamkami szyby. Jesteśmy blisko, gdy znów wybucha kanonada.
Teraz strzela Czernomoriec, konfederaci odpowiadają
snajperowi.
Na dole natykamy się na Saszę, trzyma w zębach zapaloną
zapałkę, mocuje się z kłódką od magazynku, wreszcie drzwi
ustępują. Wpychamy się we trójkę do środka, barykadujemy,
próbujemy przykucnąć. Wciąż słychać konfederatów.
– Dawno tu nie strzelali – szepce dozorca. – Strzelają za miastem
i na drogach, ale to bandyci, maruderzy. Do frontu stąd
daleko.
Palba słabnie, słyszymy tupot zbiegającego po schodach wojska,
potem zapada cisza. Od tamtej pierwszej serii minęły trzy,
może cztery minuty.
Rano zaczepiam konfederatów. Kręcą głowami. Przeczesali
teren, ale nikogo nie znaleźli.
Nie dowiemy się, kto otworzył ogień
(...)