Dla mediów

Ekaterini

Ekaterini

data premiery: Maj 2008

Przekład Dorota Jovanka Ćirlić

„Ekaterini” to opowieść o świecie widzianym poprzez losy jednej rodziny, ale też o trwaniu, w tym konkretnym przypadku o trwaniu kobiety, tytułowej Greczynki Ekateriny, od jej młodości w przedwojennej Grecji aż do śmierci w rozpadającej się Jugosławii ledwo kilka lat temu. Opowieść o miłości, o moralności, o godnym starzeniu się, o tęsknocie za morzem, o małych miasteczkach i wielkich miastach, o polityce, o ludzkich charakterach, o spotkaniach różnych światów i różnych kultur.

  • Ta epicko zakrojona opowieść o trzech pokoleniach grecko-serbskiej rodziny — poza wszechobecnym, zmysłowym, nieomal przekornym zachwytem nad życiem — wydaje się stawiać jedno podstawowe pytanie: po co jest dana pamięć? Żeby wiedzieć, do czego się tęskni? By mieć świadomość, że ‘fasony kapeluszy się zmieniają, ale problemy pozostają niezmienne, jak stare przepisy’? Żeby umieć rozpoznawać to, co przeminie, od tego, co stałe? Gwarantem stałości są dla Mariji Knežević ‘korzenie, z których się wywodzimy’. ‘To smutne, co nieuchronnie znaczy — śmieszne, jak mało wiemy o swoich przodkach’. W świecie tytułowej bohaterki, Katerini — w tym wielokulturowym tyglu historii i języków; pociętym czterema wojnami, wypełnionym walką o przetrwanie i tęsknotą do zapamiętanych zapachów, miejsc, ludzi — czuła, ale nie czułostkowa, pamięć o korzeniach oraz język są tymi elementami, dzięki którym możliwa staje się realizacja starej sokratejskiej maksymy, wyrytej na architrawie delfickiej świątyni: ‘poznaj samego siebie’.
  • Przed nami obraz poetyckiej opowieści gdzie smak morza śródziemnego miesza się z posmakiem nieuchronności przemijania. Rytmy życia wplecione w rytmy wojny. Mentalne podróże w przestrzeni i w czasie. Wśród zapachu morza, cytryn i pomarańczy rozgrywa się wojna powszechna i wojna pojedynczego życiorysu. Jakby autorka chciała powiedzieć, że ta najważniejsza walka jest walką z własnym losem, gdzie siła pojedynczego życiorysu bywa ważniejsza nawet w obliczu konieczności dziejowej. Pojedynczy los jednostki jest jak most nad gwałtownym nurtem historii i dziejów. Zwycięstwem w tej walce jest miłość. Miłość powszednia jak chleb. Mimo przeciwności losu z jakimi borykają się bohaterowie autorka uczy czytelnika patrzeć w niebo. W tej książce być może jest klucz do zrozumienia czym jest przemijanie. A wszystko to w połączeniu z ciekawym językiem sprawia wrażenie, że inspiracja jest posłuszna pisarce i prowadzi ją do świata `szybko zmieniających się obrazów`. Jak przypływ i odpływ morza...

Dyskusja

Któż to wie, z jakiej przyczyny prowadzi się wojny? Ojciec Jorgos twierdzi, że od dawien dawna wojny wymyślają wielcy tego świata wyłącznie dla pieniędzy i że on sam byłby najbogatszym człowiekiem w Grecji, gdyby nie ostatnia, bałkańska wojna. Nie wiem, czy każda epoka zachowuje pamięć o swoich wojnach, może zresztą jedynie dzięki nim cokolwiek pamiętamy? „Odwieczna pamięć” – powiedzieli w telewizji kilka dni temu. Nie wiem, co mieli na myśli. Ile musiałaby trwać taka pamięć? Wielu rzeczy wciąż nie pojmuję. Starsi zwykle mówią dzieciom: „Zrozumiesz, jak dorośniesz”. Wygląda na to, że nie dorosłam albo starzy ludzie wychowują nas, składając fałszywe obietnice. Trzeciej możliwości nie ma. Dojrzałość osiąga się i traci, a potem szuka się jej przez całe życie.
Jestem dzieckiem. Mam cztery lata. To moja pierwsza wojna. Ojciec mówi: „Z Turkami”, pewnie dlatego, że jacyś tureccy klienci są mu dłużni, zlecili budowę wielkich domów, ojciec ruszył z robotą, a oni uciekli, gdy doszło do pierwszych zawirowań. Mój starszy brat, Taki, mówi, że na to jest tylko jedno określenie – bankrut. Pewnie myśli, że to tak, jakby odchodzić od zmysłów, bo strasznie chce się zjeść czekoladę, ale czekolady nie ma i jakby nigdy nie było. A wtedy ty ją sobie coraz częściej przypominasz i jak na złość przychodzą ci do głowy wszystkie sytuacje, w których ją jadłeś, niebywałe, ile ich było! Jakieś szczegóły, choćby pora roku, dnia, ludzie, przedmioty wokół ciebie, czy, na przykład, ławka przy wodospadzie w Edesie lub morze. Ech, morze! Morze najczęściej. Potem album ze scenami z czekoladą w roli głównej robi się coraz cieńszy, ale pozostałe obrazy z dnia na dzień tej tęsknoty nabierają ostrości, stają się coraz bardziej precyzyjne.
Wydaje mi się, że całe moje życie to czas tęsknoty. Póki nie zniknie słowo „dzień” i nie zostanie już sama tęsknota. Potem, gdy padnie słowo „kapitulacja”, starać się będziesz okazywać radość. To bez sensu, ale tak trzeba, wszyscy ją okazują. W rzeczywistości dawno już pokonało cię zmęczenie, tylko nie możesz sobie przypomnieć, skąd ono się wzięło. Masz wrażenie, że przez całe życie właśnie tak żyłeś. W stanie wojny.
Matka jest po prostu zła na wojnę. Głośno się z nią wykłóca. Nigdy tyle nie pracowała, krzyczy. Przed wojną miała służące, teraz wszystko musi robić sama, a nas jest pięcioro dzieci. Zagniata ciasto na pitę, nie może nadążyć, wciąż krzyczy i przeklina mundury. „Wszystko przez te mundury! Żeby mogli się pokazać – czyj jest piękniejszy, bardziej paradny, wypieszczony! To zwykli kobieciarze, podrywają kobiety na mundur! Męskie sprawki!” Księży matka Maria też nie cierpi, z tego samego powodu: „Na co bożemu człowiekowi mundur?! O, proszę, ja cały dzień spędzam w fartuchu i w tym jednym jedynym szlafroku, który mi jeszcze został, odkąd tym kretynom w portkach przyszła chętka, by zadzierać nosa i licytować się między sobą. Wywołali cały ten cyrk tylko po to, by pokazać całemu światu, kto silniejszy – napalone byczki! I co? Niech mi kto powie, że nie jestem wierną owieczką! To mnie Bóg zesłał i mojego Jorgosa, i dzieci, wszystko. Kocham go i tylko ja jedna wiem, jak bardzo. O czym tu mówić. Ale księży nie chcę widzieć na oczy! Zwłaszcza teraz, kiedy nawet my nie mamy co do garnka włożyć, a ja jeszcze miałabym paść ich brzuchy, tak?! Niedoczekanie!”.
Matka rzeczywiście haruje cały dzień, nawet jeśli śpi – nigdy dłużej niż pięć godzin, a i to na raty, gdy nadarzy się okazja. Myślę jednak, że to nie trud pracy najtrudniej przychodzi jej znosić. Pracować lubiła także wtedy, gdy niemal każdego dnia wkładała nową suknię i nigdzie nie ruszała się bez powozu. Miała własną krawcową i własnego szewca. O służących i chłopcach na posyłki nawet nie wspomnę. A jednak pracowała, często w tajemnicy przed ojcem. Tu nie chodzi o pracę. Myślę, że wojna ją rozczarowała, i to głęboko. W gruncie rzeczy obezwładnia ją ludzka głupota. Nie może uwierzyć, zaakceptować tego, że tak właśnie jest, wciąż się buntuje. Dlatego czuje ulgę, gdy krzyczy. Również wtedy, gdy jej głos zwiera się w klinczu z natłokiem całej tej wrzawy dookoła, z odgłosami eksplozji i nieustannymi jękami, które do nas docierają, nie tylko w języku greckim, ale też w hiszpańskim, rosyjskim, włoskim i kto wie, jakim jeszcze.
O tym, że Bóg zesłał jej mojego ojca, wiedzą całe Saloniki. Taka harda i samodzielna, do tego uczciwa aż do przesady i co najgorsze... szczera, co w głowie, to na języku, i zawsze prosto w oczy – na pewno nigdy by nie wyszła za mąż. To była noc poprzedzająca dzień zamążpójścia jej najlepszej przyjaciółki, Panagji. Matka w roli druhny poszła obejrzeć pana młodego, który zgodnie z obyczajem wybrany został przez rodziców narzeczonej. Widzieli się ten jeden jedyny raz, a więc w sytuacji oficjalnej. Maria przekonała się na własne oczy, że Jorgos jest przystojny i wystarczająco poważny, jak na mężczyznę przystało. Była zadowolona. Bardzo kochała Panagję, a poza tym była z tych, co w sposób naturalny, bez żadnych wykładów o moralności, porządku, przyzwoitości i temu podobnych rzeczach, oddani są do grobowej deski swoim przyjaciołom. Nielicznym przyjaciołom. Dlatego tego ranka, w dniu ślubu, obudziła się zlana potem. Nie wiedziała, co myśleć o śnie, który zapamiętała od a do z, niczym opowiadanie:
Jest piękny, wiosenny dzień. Ona i Jorgos idą ku sobie. Między nimi – stare drzewo oliwne. Patrzą jedno drugiemu prosto w oczy, długo, bardzo długo, z wolna zbliżając się do drzewa. Wreszcie docierają na wzgórek utworzony przez grube korzenie splecione gęsto tuż pod ziemią. Przez moment stoją naprzeciw siebie i w tej samej chwili spoglądają w słońce, słońce ich oślepia, i raptem, naprawdę znikąd, ten głośny łopot skrzydeł! Dźwięk narasta i zagłusza słuch. Maria się boi. Dźwięk potężnieje wraz ze strachem. Koniec z nami! – nawet nie słyszy swojego krzyku. Pomiędzy bojaźnią a przerażeniem minęła raptem sekunda. Jakby zdolna była dostrzec grozę wypisaną na swojej twarzy. Widzi wszystko bardzo wyraźnie, porażona własnym obliczem. W tym samym momencie, sięgnąwszy szczytu, a może dna przerażenia, spogląda na Jorgosa. A on uśmiecha się jak wtedy, gdy podchodził do drzewa. Ten uśmiech przeznaczony jest dla niej. Raptem jej twarz się rozpromienia. Panika ustępuje przed łagodnym spokojem. Strach i spokój, nic pomiędzy. Spokój pozwala jej zobaczyć twarz Jorgosa i swoją równocześnie – twarze są identyczne, bliźniacze. Gdzie przepadł ten człowiek? – zastanawia się. Stoi naprzeciwko siebie samej, a przecież wie, że tu nie ma lustra, niemożliwe też, by to była jej siostra. Chociaż to sen, wie, że nie ma siostry bliźniaczki. A więc zjawa! – Lekka fala niepokoju zapowiada jeszcze groźniejszą, ale właśnie wtedy ów dźwięk, ów zagłuszający wszystko łopot, nagle cichnie. W promieniu ostrego światła pojawia się biała gołębica i leci łagodnym ślizgiem, gdy tymczasem w górze, w oślepiającym blasku, białe pióra tańczą w powietrzu, kołysząc się jeszcze przez jakiś czas. Gołębica zabiera z sobą wszystkie obrazy prócz twarzy Jorgosa, która znów jest jego twarzą, i tych drobnych piórek, całkowicie białych, które jakby spadały z niebiańskiego drzewa. Oboje śledzą je, a one zlatują wprost na niewielką przestrzeń między ich stopami. Kiedy jednocześnie robią kolejny krok, stają na posłaniu usłanym pierzem. Ręka wyciąga się ku ręce. W palcach wibruje tłumione pożądanie, dlatego splatają się powoli, bez kurczowego uścisku, miękko zawiązując nierozerwalny węzeł, jakby czyniły to od zawsze.
Maria, by tak rzec, nie pamięta swojego ślubu. Zamiast miłego zamętu, które rozpłynęło się we mgle na zawsze, odnotowała w pamięci tamten sen i ranek, kiedy się obudziła, po raz pierwszy nie wiedząc, co czuje – jest zrozpaczona czy wniebowzięta? Szczęśliwa? Uff, jawa jest bardzo skomplikowana, wymaga definicji, uzasadnień. A na to nie było czasu. Natychmiast wybuchł skandal spowodowany zerwaniem zaręczyn, jeszcze szybciej go zatuszowano, ale ona wciąż pamięta tamten wstyd, nie do opanowania, spotęgowany daremnym trudem, by ukryć radość, nie chwilową, przemijającą, ale taką, której towarzyszy spokój, dzięki czemu od razu wiadomo, że trwać będzie wiecznie, że to w istocie boskie błogosławieństwo – ujrzała Jorgosa stojącego na progu domu swoich rodziców i miała wrażenie, że wszystko już się stało, jakby patrzyła po raz drugi, jak się jej oświadcza, obserwowała swój ślub i znowu rodziła piątkę dzieci.
(...)