Dla mediów

Wieloryb, czyli przypadek obiektywny

Wieloryb, czyli przypadek obiektywny

data premiery: 21.06.2010

  • Wieloryb Agnieszki Taborskiej wygląda na zbiór anegdot. Ale to coś innego. Objawia inny zakres realności. Ten, gdzie sowa jest córką piekarza (słowa Ofelii w Hamlecie). Gdzie szewczyk szył buty z wołowego ryku (polski wierszyk ludowy). Gdzie księżyc jest z zielonego sera (angielski przesąd). Gdzie wyborny trup będzie pił nowe wino (surrealistyczny eksperyment pisarski). Gdzie obecny król Francji jest łysy (logiczny sąd niefalsyfikowalny). Gdzie ptaki są tłuste, bo tłuste (zdanie sprzeczne w teorii Chomsky’ego). I gdzie, krótko mówiąc, to są takie słupy, to są takie gniady (wiersz lingwistyczny z powieści Masłowskiej). Gdyby rzeczywistości dało się wprawić mowę, przemówiłaby takim językiem. Mową absurdu. Wyobraźcie sobie guzik. Ale nie całkiem zwykły, tylko z trzema dziurkami. Widzicie go już? Wygląda niewinnie, aż spróbujecie go przyszyć. Owszem, da się, ale jakby nie do końca. Nie przypadkiem brak na to dobrego słowa. Próba przyszycia takiego guzika jest niczym innym, jak przekładem Wieloryba na krawiectwo. Absolutnie autentyczne historie, jakie podpatrzyła Taborska, nie dają się przyszyć do zwykłego obrazu świata, bo zawierają aspekt nieprzystawalności. Taborska kolekcjonuje sytuacje, w których coś nieznanego atakuje normalność. Albo, niewykluczone, sama natura rzeczywistości odsłania właściwe sobie poczucie humoru. I to my jesteśmy jego przedmiotem. Siedząc zatem w tym świecie, w tym Wielorybie, też rozejrzyjmy się trochę. I, jak mawiał André Breton, „powiększmy skarbiec mitów intuicji”.
  • Proza Agnieszki Taborskiej to zbiór zapisków, kuriozów i anegdot, raptularz mediumicznej globtrotterki wycinającej maczetą swoją ścieżkę w gąszczu znaków danych przez nie wiadomo kogo. Przypadek zamienia się tu w konieczność, to, co cudowne pozuje na zwyczajne, a nieposkromiona ciekawość ciągów dalszych wypędza w kolejne podróże w wielki świat i okolice. Agnieszka Taborska nie jest pierwszą autorką, którą połknął biały wieloryb świata. Ale i ona sama w planktonie zdarzeń i anegdot, w golfsztromie historyjek, które z powodzeniem mogłyby stać się powieściowymi albo filmowymi epizodami, czuje się jak ryba w wodzie. W prozie Agnieszki Taborskiej, doprawionej sporą dawką surrealistycznej cudowności, poetycka rzeczowość Laurie Anderson ściga się z humorem z filmów Hitchcocka a oko voyeura jest oknem na świat, w którym wszystko aż kipi od nadmiaru znaczeń, tajemnic i możliwości.
  • Wieloryb jest książką sympatyczną w najlepszym znaczeniu tego słowa. Autorka — wybitna znawczyni francuskiego surrealizmu — notuje zdarzenia codziennego życia, podsłuchuje gwar świata, wprowadza na scenę kawałki swojej biografii. Nie poluje jednak na życie codzienne jak drapieżnik, nie narzuca mu dobitnych znaczeń, nie pointuje za wszelką cenę, lecz pozwala mu zjawiać się w łagodnym i ciepłym świetle sympatii. Agnieszka Taborska zgrabnie unika pretensjonalności czyhającej na autorów dzieł fragmentarycznych. Jest w swoim pisaniu elegancka i delikatna. Nie szarżuje. Bardzo mi się Wieloryb podoba.
  • Gdyby Henri Michaux spędził noc z Rolandem Toporem, to kapitalnym owocem tej nocy byłaby Agnieszka Taborska. Bo Wieloryb to fuzja subtelnych muśnięć piórkiem i dźgnięć nożyczkami, przestrzeń pełna czarnego humoru, białej magii i srebrnych nitek skojarzeń. Strasznie mnie ta książka ucieszyła.

Dyskusja

Dorożka
Przed projekcją filmu na wrocławskim festiwalu znajoma
długo opowiada nam o swoim kłopocie. Otóż w ramach prezentu
ślubnego dla koleżanki postanowiła wynająć dorożkę,
która powiezie młodą parę z kościoła do restauracji. Choć
miejsca te dzieli zaledwie sto metrów, dorożkarz zaśpiewał
astronomiczną sumę. „Niech więc idą na piechotę” – proponuję,
pewna, że im mniej wyda się na ślub, tym większa nadzieja
na trwałość związku. Znajoma nie chce jednak o tym
słyszeć. Twierdzi, że nawet przy przejściu paru kroków łatwo
zabrudzić suknię. Jej rozważania, jak skłonić dorożkarza
do obniżenia stawki, przerywa początek projekcji. Film jest
półgodzinną etiudą o niewiele mówiącym tytule. W pierwszej
scenie jadący leśną drogą samochód zatrzymuje się nagle
i męska dłoń wypycha na pobocze wystrojoną od stóp do głów
w białe tiule pannę młodą. Przez następne dwadzieścia siedem
minut porzucona panna młoda brnie przez bagna, ślizga się
po głazach, przedziera przez chaszcze, wpada do strumienia
w coraz brudniejszym i skąpszym stroju, którego poszarpane
strzępy znaczą jej męczeńską drogę. Do zagubionej w puszczy
chatki dociera w bardzo seksownej, zbroczonej krwią bieliźnie.
Film zamyka powrót do pierwszej sceny: jadący leśną
drogą samochód zatrzymuje się nagle i męska dłoń wypycha
na pobocze wystrojoną od stóp do głów w białetiule
pannę młodą.
Po zapaleniu świateł radzę znajomej, żeby dała za dorożkę
każdą cenę. Choć oczywiście nie można wykluczyć, że
dorożkarz miał we władzach festiwalu swojego człowieka.

Dobry salesman
Lista opartych na humorze sytuacyjnym scenek wynikających
z roztargnienia M. jest długa. Kiedyś wypakował z torby
z zakupami monumentalną tacę, do jego wizyty w sklepie
stojącą przy kasie i służącą do wykładania pieniędzy. Kiedy
indziej, wróciwszy z miasta, udał się zdecydowanym krokiem
do łazienki i nim zdążyłam zaprotestować, wyrzucił do sedesu
wyjętą z kieszeni garść monet. Wielokrotnie umieszczał w zamrażalniku
nieoczekiwane przedmioty, których bezskutecznie
szukaliśmy w szufladach i na półkach z książkami. Niedawno,
szykując się w zaoceaniczny lot, ważyliśmy walizki, czy aby nie
przekroczyły dozwolonego ciężaru. Wpierw zważyłam swoją.
Gdy przyszła kolej M., „Jest strasznie ciężka!” – usłyszałam
z sąsiedniego pokoju. Na wadze stał M., patrząc z niedowierzaniem
na podziałkę. Dziś połknął zaślepkę chroniącą gniazdko
do wtyczki zasilacza telefonu komórkowego. Tylko na chwilę
położyłam ją na stole. Ledwie pomyślałam, że nie należało
tego robić, zaślepka była już w M. w towarzystwie lekarstw na
przeziębienie. Mój niepokój uśmierzył sprzedawca telefonów.
Opowieść o niefortunnej przygodzie wcale go nie zdziwiła.
Zapewnił, że wrzucenie telefonu do sedesu byłoby gorsze i że
plastykowe zaślepki są całkiem nieszkodliwe.

Czystość
Wsiadamy do stojącej na postoju taksówki, ale musimy czekać,
aż taksówkarz skończy pucować i tak już lśniącą klamkę.
W środku aż drapie w gardle od zapachu odświeżacza i środków
czyszczących. Gdy mówię taksówkarzowi, że ma najczystszą
taksówkę w mieście, odpowiada, że dawniej mył ją
bez przerwy. Nie mógł się opanować: co kilka dni brała go
chęć, rzucał wszystko i gnał do myjni. Po jakimś czasie jednak
spostrzegł, że po każdej w niej wizycie pada deszcz. Zależność
sprawdziła się tyle razy, że zdecydował się poskramiać przemożną
chęć czyszczenia auta. Wynajdował sobie najróżniejsze
zajęcia, byle tylko odwrócić uwagę i przeczekać. Podjął walkę
z nałogiem niczym alkoholik czy przerażony wizją raka palacz.
Jego teoria dalej się sprawdzała: kilka godzin po każdym ataku
wybuchała burza bądź z czystego nieba tryskał deszcz. Dziś
nie ma już żadnych wątpliwości, że to napięcie, wywoływane
w jego organizmie zwiastującą ulewę zmianą ciśnienia, przejawiało
się w potrzebie umycia taksówki. Cieszy się, że zwalczył
nałóg, bo, jak twierdzi, ludzie chętniej wsiadają do brudnych
samochodów. Gdy pół godziny po powrocie do domu wyjrzałam
przez okno, wciąż szlifował tylną szybę. Było grubo po
północy, ale nawet w świetle latarni taksówka lśniła niczym
kuchenny blat z reklamy Pronto.

Święta
Przebijam się taksówką przez unieruchomione w przedświątecznym
korku miasto. Siąpi deszcz i mimo specjalnie na tę
porę zapalonych świateł jest dość ciemno. Nikt nie idzie z pustymi
rękoma, wszyscy taszczą torby z jedzeniem i prezentami.
Taksówkarz zauważa, że święta nie są już tym, czym
były dawniej. Pytam, czy chodzi o brak śniegu. „Nie – odpowiada.
– Kiedy człowiek przestał noc w kolejce, to wiedział,
że niedługo Wilia”.
(...)