Dla mediów

Dziewięć

Dziewięć

data premiery: 12.02.2009

Warszawa, wczesne lata dziewięćdziesiąte. Drobny przedsiębiorca nie może oddać pożyczonych pieniędzy. Wikła się w gangsterską historię. Sensacyjna fabuła skrywa opowieść o pożądaniu, bogactwie, pieniądzach i rozpadającym się świecie.

  • Stasiuk zmierza zawsze w jednym kierunku – metafizyki zła.
  • Dziewięć to polemika z tradycyjną literacką wizją Warszawy.
  • Ta niezwykła powieść jest jak film noir.
  • W chirurgicznej precyzji, a jednocześnie sugestywności pisarstwa Stasiuka wychwytuję smak Hamsuna, Sartre’a, Geneta i Kafki. Dziewięć to jedno z ważniejszych osiągnięć współczesnej prozy, portret wykorzenionego i niespokojnego pokolenia Europejczyków oraz miasta pogodzonego z tym, że postkomunizm nie jest taki, jakim się go przedstawia.

Dyskusja

A więc wszystko postanowione. Przekręcony w drzwiach klucz ląduje w kieszeni płaszcza i słychać, jak winda rusza z parteru. Zza drzwi mieszkań płyną zapachy pieczonych ciast. Woń wanilii, cynamonu i rumu wypełnia klatkę schodową. Jest cicho, tylko gdzieś w głębi korytarza dźwięczą naczynia i odzywają się dziecięce głosy. Ale i tak ciszy jest więcej. Otula ciało, głowę, wypełnia dom i świat i własne myśli są słyszalne jak nigdy dotąd. Na ścianie windy po lustrze pozostał tylko jasny ślad. Sprawdzić jeszcze raz, czy klucz jest na swoim miejscu i już można zatrzasnąć za sobą żelazne wrota szybu. Na chwilę zjawia się ten stary strach, czy aby klatka pojedzie w dół, a nie w górę, by rozbić się gdzieś o strop dachu wśród świstu czarnych od smaru stalowych lin. W każdym razie lepiej zamknąć oczy i myśleć, że to tylko gra w „a kuku” do chwili, gdy kabina w końcu stanie i ktoś z tamtej strony usłużnie otworzy drzwi. Jeszcze kilka kroków i jasność dnia powinna przepędzić wszystkie złe sny, Pankracy. Dlatego ubrałam się na biało. Żeby się łatwiej przemknąć, żeby nie zobaczył nikt. W nocy jest wyraĄna czerń, w dzień przezroczysta biel. Teraz chodnik, trawnik, sklepik i nigdzie żywej duszy, jakby wszyscy wyjechali, chociaż samochody stoją i błyszczą wymyte na święta i jest tak jasno, tak jasno, że aż oczy bolą, a niebo takie błękitne, Pankracy. Trzeba minąć kiosk, kawiarenkę, skręcić w prawo, a potem prosto aż do przejścia i potem autobus, tramwaj i znowu autobus. Za żadne skarby w ciemność metra. Wszystko zapamiętane. Wystarczy w myślach powtarzać sobie przystanki i numery. Nie ma innego wyjścia. Będę siedzieć pod drzwiami, na schodach albo na ulicy. Przecież pogoda jest taka piękna i drzewa niedługo zaczną kwitnąć, tylko dlaczego jest tak pusto, jakby wszyscy się skryli i patrzyli zza firanek ze wszystkich pięter, z każdego domu, z dachów, z nieba, zewsząd, ale i tak trzeba dalej, trzeba przejść jezdnię, trzeba dotrzeć do chodnika i teraz w lewo, i już zaraz będzie przystanek, i autobus zajedzie pusty, błyszczący, z umytymi szybami, żeby lepiej było widać, żeby widać było z daleka na wylot. Dlatego biały strój, Pankracy, biały płaszcz, biała sukienka i buty, i biała chustka na głowie, i pod spodem też wszystko białe jak powietrze, więc powinno się udać, bo przecież jest zupełnie sam, od dawna to wiedziałam i tylko tak udawał, gdy bez przerwy wydzwaniał, ale do niego nie dzwonił prawie nikt, i nie mogę już być taka niedobra jak wczoraj i go zostawić, wrócić, jakby nigdy już tam nie miał przyjść.

Koszula, gatki, skarpetki. Bolek kręcił się w łazience jak mięsisty bąk. Od sedesu do lustra, od lustra do biało-złotej szafy z jeszcze większą taflą, a potem do szklanych półek i jeszcze raz z powrotem. Szumiała woda w umywalce, szumiała spłuczka, bzyczała odłożona suszarka. Przecierał to to, to tamto lustro z pary i nie mógł się zdecydować, którym dezodorantem psiknie sobie pod pachy. — Gatki, gatki — podśpiewywał pod nosem. — Gatki podstawowa rzecz. — Zdecydował się w końcu na slipki. Jak włożę lekki garnitur, to bokserki będą się odznaczały — tak myślał. Pod prawą pachę psiknął się w końcu elements, a pod lewą cool water. Zadowolony z pomysłu zapiął łososiową koszulę. — Mężczyzna musi być trochę tajemniczy — pomyślał. — I trochę romantyczny też. To działa na kobiety. I szybki też. I zdecydowany — wyliczał w myślach, dokręcając krany. Wyłączony telefon leżał na stole w salonie. Pół godziny temu zjawa Iriny przepadła i nie chciała wrócić, chociaż wytężał wyobraĄnię i zaciskał powieki. Chwilami pojawiał się sam samowar, ale był zimny i ledwo widzialny. Właściwie nie przypominał nawet samowara, tylko nie wiadomo co. Wtedy podjął decyzję: rzeczywistość zawsze jest lepsza od fatamorgany, więc trzeba się zbierać, ubierać i ruszać, póki jeszcze jest czas. Tak łatwo minąć się na tym świecie i nigdy już nie spotkać. Zwłaszcza w tym zawodzie. Serce zadrżało mu w piersi, gdy pomyślał o bezkresie wschodu, gdzie jego szczęście może przepaść raz na zawsze. Przecież tam można jechać i tydzień bez przerwy, a wysiąść gdziekolwiek, i szukaj wiatru w polu. No więc teraz prędko do szafy po garnitur w kolorze niedojrzałej śliwki, lejący się materiał lekko połyskuje, lśni w załamaniach i szeleści cichutko jako nowiutkie banknoty. Ściany mieszkania, sprzęty i ekran telewizora patrzyły na krzątaninę Bolka beznamiętnie. Człowiek wszystko oddaje rzeczom, a one zawsze zostawiają go samego. Wybierając spinki do mankietów rozmyślał o krawacie i jednocześnie roztrząsał problem skarpetek. Buty wybrał wcześniej: plecione mokasyny. Przyszła mu do głowy apaszka, lecz przypomniał sobie wczorajszych kolesi pod szaletem i skrzywił się pogardliwie. Wielkie lustro w drzwiach szafy pochwyciło ten grymas, więc zatrzymał go, żeby sprawdzić, jak wypada en face i z profilu. — Tylko krawat — uznał. — Krawat albo nic. Jest ciepło i można rozpiąć ze dwa guziki, żeby widać było łańcuch. Tak — uśmiechnął się zadowolony. — Krawat jest niezły, ale łańcuch lepszy, bo nie trzeba się martwić, czy pasuje. No i w końcu złoto to jest złoto. — Wciągnął spodnie i był gotów. Wszystko leżało bez zarzutu, jakby nigdy tego nie zdejmował, jakby się w tym urodził, spał, a wierny gajer nadążał za jego gestami krok w krok. Ruszył do drzwi i wtedy poczuł, że opuszcza go odwaga. Dopóki planował,był panem sytuacji, ale teraz, gdy plan zaczynał działać, kolana miękły, a w ustach pojawiła się suchość. — Przecież to Ruska — próbował odzyskać animusz, lecz zaraz zjawiała się myśl, że wcale nie taka ona Ruska, a w dodatku właśnie przez nią boi się wyjść, zejść do auta, z trasy zadzwonić, że ma ważną sprawę i tak dalej. Zatrzymał się z ręką na klamce, odwrócił i popatrzył na żegnającego go Szejka. Pies go kochał, lecz nie potrafił dodać mu otuchy. Puścił więc klamkę, wrócił do salonu i nalał sobie przyzwoitą miarkę wędrowniczka. Tego z czarną kartką. Wypił, skrzywił się i zaraz powtórzył. Odwaga powoli wracała na swoje miejsce.

Pamięć cofnęła się bardzo daleko. Przestawała już rozpoznawać zdarzenia, ludzi i miejsca. Przypominała sobie różne rzeczy, ale nie była pewna, czy zdarzyły się akurat jej. Czy można pamiętać coś, co spotkało kogoś innego, tak jakby było się nim? Tego nie wiedziała. Pozwoliła jednak ponieść się fali obrazów i uznała je za swoje. Tak było lepiej. Postrzępione na brzegach, niewyraĄne,poruszały się jednak płynnie, naturalnie, może tylko trochę wolniej, jakby wszystko odbywało się pod wodą. Poczuła chłód. Ręce miała związane na plecach. Spróbowała wpełznąć pod przykrycie, lecz było zwinięte w bezładny kłąb. Ugniotła narzutę kolanami, ścisnęła, podkurczyła nogi, wciągając materiał między uda, i zrobiło się jej trochę cieplej. Słońce wisiało nad Saską Kępą, ale okna były teraz zasłonięte i w pokoju panował półmrok. Złoty krąg wznosił się coraz wyżej, przesuwał na południe i rozgrzane czarne dachy Skaryszewskiej, Nowińskiej i Bliskiej wydzielały smołową woń. Pustawe przegubowe 115 skręcało w Chodakowską, sunęło wśród magazynów, dziadowskich peryferii, wśród wygwizdowów i drucianych parkanów i wyjeżdżało na Stanisławowską, by minąć tor kolarski, Wiatraczną wydostać się na rondo i potem ruszyć Grochowską między coraz rzadszymi i coraz niższymi domami na wschód, gdzie miejska zabudowa pęka gdzieś koło Traktu Lubelskiego, rozsypuje się w łańcuszek pojedynczych chałup, lepianek, niedorobionych kamienic, by na koniec zniknąć u brzegów lasów. Próbowała sobie wyobrazić, co jest dalej, ale myśl odbiła się od wielkich zielonych drogowskazów „Lublin”, „Terespol” i wróciła do ciemnego pokoju. Znów zanurzyła się w przeszłość. Była bardzo mała i ktoś prowadził ją za rękę. Szli cichą, zasypaną śniegiem uliczką w Radości albo Międzylesiu. W powietrzu unosił się zapach węglowego dymu. Chodnik pokryty był lodem i próbowała się ślizgać. Na gałęziach drzew leżały śniegowe łapki. Było cicho. Gdzieś poszczekiwał pies, w oddali turkotał pociąg. Odległa perspektywa uliczki zbiegała się w białoszary punkt. Wszystko było niewielkie i na wyciągnięcie ręki. Z okapów parterowych domów, z rynien zwisały sople, a kominy u wylotów miały dziwne blaszane figurki przypominające profile ludzkich postaci. Nie była pewna, czy to jej wspomnienie, ale ból na chwilę ustąpił, więc niewykluczone, że to ona była tą małą dziewczynką, ślizgającą się na podeszwach butów, podczas gdy ktoś mocno przytrzymywał ją za rękę. Gwar ulicy na chwilę przycichł i usłyszała zniekształcone echo dworcowych megafonów. Metaliczny, klaszczący głos uderzał o kamienne perony. — Nie wiadomo, czy odjeżdża czy przyjeżdża — powiedziała cicho. Tamci za drzwiami rozmawiali. Ktoś postawił coś na kuchence. Przy Targowej musiały zmienić się światła, bo ulicą przetoczył się tramwajowy wizg. Znów zrobiło się jej chłodno. Materiał między udami był zimny, obcy i szorstki. A potem nagle poczuła, że wszystko, co się zdarzyło, zdarzyło się bardzo dawno i nigdy się nie powtórzy, bo same zdarzenia już się wyczerpały i teraz czeka ją tylko samotność, która rozciąga się od końca do końca świata i nigdy nie ustanie. Strach znów wszedł w jej nagie ciało. Nie bała się bólu. To tylko nicość jak płomień ogarniała ulicę Kijowską, dworzec, pociągi, auta, ludzi i sklepy, wszystko, co widziała w życiu do tej pory, i zostawała tylko ona sama zwinięta w kłębek w skopanym łóżku, które jak papierowa łódka wirowało w czarnej nieskończoności. Wtedy zapragnęła, by tamci znów przyszli, żeby otworzyli drzwi, mówili do niej, żeby jej dotykali, bo ludzki ból jest lepszy od nieludzkiego strachu.

I gdy w końcu tak się stało, gdy odpoczęli, gdy usłyszała nad sobą ich zdwojone oddechy i poczuła bijące od nich ciepło, a do pokoju wślizgnął się za nimi zapach jedzenia, zwinęła się w najciaśniejszy kłębek i zaczęła bezdĄwięcznie szeptać coś, co przyszło jej do głowy nie wiadomo skąd: „Aniele Boży, stróżu mój...”.

— Może na Rutkowskiego — powiedział z nadzieją w głosie Paker.

— Gdzie?

— Na Rutkowskiego. No, na Chmielnej...

— Nie — odpowiedziała stanowczo Syl. — Na Marszałkowskiej.

— Buty były zawsze na Rutkowskiego.

— Teraz też są. Ale nie takie.

— A jakie niby?

— Jakieś takie... Lepiej tu. Tutaj chyba jest więcej.

Stanęli pod Metropolem i Paker zapatrzył się w otchłań Śródmieścia.

— Rzeczywiście — powiedział ni to do siebie, ni to do Syl.

Ludzie przechodzili i pachnieli różnymi perfumami. Wydawało mu się, że fahrenheit dawno już wywietrzał i poczuł się trochę nieswojo. Elektroniczny billboard pod Forum wyświetlał jakieś napisy, lecz nie mógł nadążyć. Wyglądały elegancko i tajemniczo.

— Zmieniło się — powiedział.

— Co się zmieniło? — zapytała Syl.

— Wszystko. Teraz nie wiadomo, gdzie co jest.

— Pójdziemy do Konstytucji, to na pewno coś się znajdzie.

Paker pokiwał głową i ruszyli. Syl śledziła witryny, a Paker zastanawiał się nad sprawą czasu, który tak długo pozostawał prawie nieruchomy, a teraz biegnie jak zwariowany, kręci się i nie może sobie znaleźć miejsca. Znów pomyślał o jednorazowych elektronikach, które z małym żalem się gubi i bez żalu wyrzuca. Coś tam pokazują, odliczają, ale ich czas jest jakiś gorszy, wybrakowany i drugiego gatunku. Kiedyś, jak się dostawało zegarek na komunię, to człowiek go nosił aż do ślubu i dłużej. Wystarczało nakręcać. A teraz? Jaki zegarek przeżyje człowieka? Może jeden na tysiąc i wcale niekoniecznie. I co ojciec zostawi synowi? Zasrane casio z plastiku i zapas baterii? I raptem Paker poczuł, że się zestarzał, że Marszałkowska biegnie naprzód, ciągnie za sobą Nowogrodzką, Żurawią, Wspólną i Hożą, a on drepcze w miejscu w swoich skajowych butach z przedmieścia.

Syl zatrzymała się przed wielką wystawą z przyciemnionego szkła. Srebrne litery układały się w szyld „Booticelli”.

— Zobaczę tu — powiedziała.

— Zaczekam — odpowiedział. — Zapalę sobie.

Raptem ocknął się, klepnął po kieszeni i wyjął portfel.

— Czwórka chyba starczy — powiedział niepewnie i odliczył banknoty.

— Nie wiem — wzięła pieniądze i ciemna tafla rozsunęła się przed nią bezszelestnie. Paker odszedł na bok i przylepił nos do witryny. Coś tam było widać, jakieś blaski, cienie, ruch, ale w sumie nic konkretnego. Jasne łydki Syl błysnęły na chwilę i zaraz przepadły. — Myślałby kto, że tam cuda jakieś mają — mruknął do siebie, zapalił, przysiadł plecami do szyby, ale zaraz poczuł się trochę niewyraĄnie i wstał. Poszedł na skraj chodnika, żeby popatrzeć na samochody. Te na szczęście działały jeszcze według starych zasad. Trochę bardziej się błyszczały, były jaskrawsze, szybciej jeździły i ostrzej hamowały, ale poza tym były to jednak auta, a nie imitacje albo zjawy aut. Próbował odgadywać marki, lecz znaki firmowe nic mu nie mówiły. Owszem, dostrzegł dwa merce i forda, ale reszta to była czarna magia, srebrzyste hieroglify i szaleństwo designu. Wzruszył ramionami i pomyślał o swoimosiedlu, o sąsiadach grzebiących nieustannie w maluchach, fiatach, polonezach i zastawach, których porzucone potem karoserie zarastały pokrzywami, ale części silników żyły jeszcze długo w innych, wolniej dogorywających pojazdach.

— Panie Pakerze, jeszcze dwieście — usłyszał za plecami.

— Szóstkę za buty?! — Odwrócił się, a na jego twarzy malował się smutek i rezygnacja. — Nawet damskie?

— Ale one są do kolan, a to najlepszy sklep — powiedziała z przekonaniem Syl.

Znów sięgnął po portfel i zaczął żałować porannej taryfy. W przegródce pozostał jeden setkowy banknot i trochę drobnicy. Syl podfrunęła do drzwi magazynu, a on odwrócił się plecami do tej wołającej o pomstę niegodziwości i wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam pocieszenia albo znaku troski. Na dachu domu zobaczył czarną postać. Pojawiła się i zaraz przepadła, wystraszona chyba wysokością. — Przecieka po zimie i pewnie robią — pomyślał. Słońce wznosiło się coraz wyżej i wąwóz Marszałkowskiej zaczynał cuchnąć.

Tak było. Świadczą o tym zdarzenia, które działy się w tym samym czasie. Motorniczy dziewiętnastki dojeżdżał do pętli przy Broniewskiego. Od dwóch miesięcy nie opuszczała go myśl o samobójstwie. To było jego ulubione zajęcie: palić papierosa za papierosem i układać dokładny plan, w którym rozważał sposoby, miejsca i pory. Miał czterdzieści trzy lata. Teraz uśmiechał się do siebie, bo trójka i czwórka dawały szczęśliwą siódemkę. Na pętli czekał na niego zmiennik. Kobieta. Postanowił, że zrobi to po świętach w jakiś cichy, delikatny sposób, żeby oszczędzić rodzinie przykrości.

Przez most Grota chodnikiem jechał na rowerze dwunastoletni chłopiec. Uciekł z domu, tak mu się przynajmniej zdawało, bo zniknął rano, nic nikomu nie mówiąc. Do wieczora dotrze do Zegrza i tam zgłosi się na policję, ponieważ wyleci mu z głowy własny telefon i całkiem opuszczą go siły. Ojciec przyjedzie po niego maluchem, szczęśliwy i zły, bo od roweru trzeba będzie odkręcić koła i wyjąć przednie siedzenie w aucie. Chłopiec ma czapeczkę z napisem Nike. Rzeka lśni oślepiająco, pachnie mułem i rozgrzaną wikliną.

On ma osiemnaście lat, ona siedemnaście. Schodzą Kamiennymi Schodkami objęci i przytuleni. Ona jest piękną blondynką, on przystojnym brunetem. Rozmawiają o filmie, o miłości, o marihuanie i znowu o miłości. Docierają do Wybrzeża Gdańskiego, przebiegają jezdnię i już są nad rzeką na wielkich cementowych stopniach. Ona wskazuje w stronę zoo i mówi, że chciałaby uwolnić wszystkie zwierzęta. Jego ogarnia czułość, przytula ją mocno i całuje. Na początku maja dowiedzą się, że dziewczyna jest w ciąży. Spotkają się jeszcze kilka razy, a potem już nigdy. Chłopak ma na sobie dżinsowy komplet Levisa. Ona ciuchy nieokreślonej marki w pastelowych odcieniach. I buty na płaskim obcasie.

— Wszystko wskazuje na to, że się nie ochłodzi — tak mówi pięćdziesięcioletni mężczyzna i wkłada do bagażnika czerwonego passata kombi wiklinowy kosz. Żona podaje mu podróżną torbę i jeszcze jeden koszyk. Pies, rudy spaniel, już siedzi w aucie i niecierpliwie popatruje na swojego pana. Mężczyzna zamyka klapę, otwiera drzwi kobiecie, delikatnie je zatrzaskuje i sam siada za kierownicą. Foksal jest jednokierunkowa, więc jadą Kopernika do Tamki, a potem Kościuszkowskim i po czterech godzinach są w swoim letnim domu nad jeziorem. Wrócą we wtorek po południu wypoczęci, zadowoleni i trochę opaleni. Pies wróci z nimi. Będzie popiskiwał przez sen i przebierał łapami w pogoni za widziadłami kaczek i perkozów.

To wszystko dzieje się i dziać się będzie, ponieważ świat pozbawiony jest szczelin i pęknięć. Jeżeli coś zniknie, to zaraz pojawia się nowe. Po południu Pan Max zacznie się niepokoić o syna. W domu będzie tylko jeden ochroniarz. Chociaż nie, Pan Max zamiast niepokoju będzie czuł raczej złość.

Sprawdzali trzecią klapę, a ich ciała miały coraz krótsze cienie. Zegar na dachu Metropolu wskazywał piętnaście po dwunastej. Jacek szarpał właz. Pokrywa unosiła się na parę centymetrów i coś ją przytrzymywało.

— Kłódka i skobel — powiedział. — Żeby coś mieć, jakiś łom.

Paweł wskazał na zagajnik telewizyjnych anten.

— Człowieku, ruszysz to i zaraz ktoś przyleci — pokręcił głową Jacek.

— Jakby było niżej, toby się coś znalazło. Dzieci rzucają, skądś spadnie...

— Jakby było, jakby było! Lepiej mi pomóż.

Chwycili obaj krawędĄ i pociągnęli. Jacek wsunął dłoń.

— Miałem rację. Kłódka. Skurwysyny. Przed kim oni się zamykają? Paranoja jakaś.

Byli spoceni, ręce mieli brudne, a słońce spadało teraz prosto z góry i nie było gdzie się schronić. Dach lepił się do butów i dłoni.

— Przynajmniej się człowiek nie poślizgnie — powiedział Paweł. Powoli przestawał się bać. Pomyślał, że właściwie mógłby tu zostać, że nie znajdzie lepszego miejsca, skoro wszystkie są tak samo gówniane. Jacek dał za wygraną, usiadł, objął ramionami kolana i zapatrzył się gdzieś między Wolę a Ochotę. Przycupnął obok niego.

— Posiedzimy trochę. Tutaj nikt nie przyjdzie — powiedział.

— Dobrze. Może przypomnę sobie ten numer — Jacek zaczął się śmiać.

Paweł po chwili przyłączył się do niego.

— Tak się składa, że nie mam przy sobie komórki — powiedział.

— Powinieneś mieć. Bez komórki...

— Zdaje się, że ktoś mi ją parę dni temu rozdeptał. Została mi tylko skóra, bo furę też już sobie wzięli. — Paweł poprawił na sobie kurtkę. Była brudna. Na łokciach prześwitywało białe.

— I nie starczyło?

— Chyba na procenty. To był pięcioletni polonez.

— Od początku miałem rację — powiedział Jacek i pokiwał głową.

— Niby z czym?

— Z tym, że nie poszedłem w biznes.

Znowu zaczęli się śmiać. Czerwony sterowiec nadpływał teraz od strony Mokotowa. Sunął dziobem w ich stronę i przypominał małe słońce, które nie wydziela blasku.

— A to co było? — zapytał Paweł i wskazał palcem w dół na ulicę.

— Mała przewałka z doskoku. W najlepszym wypadku parę baniek.

— Aha — powiedział Paweł.

Cień sterowca przesunął się za ich plecami, ale nie zauważyli go, bo zaczęli wspominać własne życie. W końcu nie mieli nic ważniejszego. Gdy plama cienia ześlizgiwała się na dno Żurawiej, przypomnieli sobie mieszkanie na Syreny albo Agawy, a może Patrice’a Lumumby. To był czteropiętrowy blok i nie pamiętali, kto tam mieszkał. Na podwórku rosły płaczące wierzby. Widzieli, jak poruszają się gałęzie. Mieszkanie było na parterze. Cały dom, mury, klatka schodowa, drzwi, ledwo żywe żółtawe światło, wszystko przesycone było wonią starego jedzenia. Od zawsze się tu gotowało i nikt nigdy nie wychodził do miasta, żeby coś zjeść. Tak samo na pierwszym, na drugim, na trzecim i czwartym pietrze. To pamiętali: zapach gotowanego i smażonego i dudniący dĄwięk balustrad pokrytych twardym, zielonym plastikiem. W pokoju od podwórka panował półmrok. W rogu stała palma. Jej czubek rozpłaszczał się na suficie. Ktoś palił silesie. Ich ciemnoniebieska paczka leżała na stole, w czarno-białym telewizorze leciał film. — Francuski serial — powiedział Paweł. — Nie. Nie było francuskich seriali — odpowiedział Jacek. — Teraz też pewnie nie ma. — Ale nie mogli sobie przypomnieć, po co i u kogo tam byli. Z pokoju do kuchni przebite było okno. Ramy dawno pożółkły i farba zaczynała się łuszczyć. Ktoś podał tamtędy herbatę w szklankach z metalowymi uchwytami. Stanęła na obrusie obok paczki silesii, a za oknem nawoływała się dzieciarnia i gdzieś dalej turkotał pociąg. — No to pewnie na Syreny — powiedział Jacek. — Z Lumumby nie byłoby słychać. Za daleko i samochody jeżdżą. — W każdym razie wypili herbatę i poszli. Padał deszcz, lśniły gałęzie, pachniało niskooktanową benzyną ze starych silników, a diesle autobusów wydawały archaiczny klekot. Doszli do Pedetu i już więcej nie mogli sobie przypomnieć. Próbowali rozgryźć tajemnicę tamtej wizyty sprzed kilkunastu lat, być może podejrzewając, że oznaczała coś ważnego. W końcu życie może zacząć się w każdej chwili i podążyć w dowolną stronę. — Ty myślisz, że to przez te pół godziny na zasranej Woli siedzimy teraz na dachu? — zapytał Paweł. — Coś trzeba myśleć — odpowiedział Jacek. — Już ci mówiłem, że lepszy rydz niż nic.

Owalny cień sterowca przesuwał się Nowym Światem w stronę Krakowskiego. Ulica była za wąska i zagarniał domy po obu stronach i podwórka. Na długiej, fioletowej wstędze, którą ciągnął za sobą, nie było żadnego napisu. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Tylko Syl chciała klasnąć w dłonie i omal nie upuściła wielkiego pudła.

— O! Balon! Niech pan patrzy!

— Niezupełnie — odparł Paker. — To zeppelin. Ma silnik i śmigło i może lecieć tam, gdzie chce. Balon nie może.

— Skąd pan wie?

Paker zrobił bezradną minę, zażenowany własną wiedzą.

— Już sam nie pamiętam. Kiedyś człowiek wiedział to i owo.

Mieli ze sobą hamburgera, colę, pączki i teraz Paker sterował w stronę kina Skarpa, ale Syl miała w nosie film. Chciała znaleĄć jakieś miejsce, żeby wreszcie zmienić buty, ale żadne nie było dość ustronne ani dość przyzwoite. — Przecież nie w bramie — oburzyła się, gdy Paker wskazał na podwórko przy Gałczyńskiego. — Co ja jestem jakaś... Ludzie się patrzą, a ja się przebieram — prychnęła.

— No to nad Wisłę — powiedział z rezygnacją. — Tam są tylko ryby.

Bardzo łatwo rozstał się z myślą o kinie. Nie miał nic przeciwko czemuś, co choć trochę przypominałoby osiedlowy małpi gaj. Paker po prostu miał pragnienie, a żaden z mijanych lokali nie wchodził w grę. Prawdę mówiąc po prostu wątpił, czy podaje się tam normalne piwo królewskie. Większość z nich miała szyby przyciemnione bardzo podobnie do szyb sklepu, w którym kupuje się buty za sześć baniek. — Nie ma głupich — powiedział i skręcił w Tamkę.

Od rzeki wiał lekki wiaterek. Za plecami Syl pokrzykiwała, żeby broń Boże się nie oglądał. Wcale nie miał zamiaru. Siedział nad samą wodą, palił i patrzył, jak z brązowej szyjki wychodzi biały grzybek piany. Po drugiej stronie stała sobie Praga taka sama jak zwykle. Czuł bagienny zapach portu, zapach przypalonego cukru znad Różyckiego, pomieszaną woń piżma, nawozu i siana znad zoologu, węglowy pył znad elektrociepłowni, przegrzany metal znad FSO, koński pot i zmoczony deszczem bruk Ząbkowskiej sprzed lat, tak samo wyraĄnie, jak zaduch papierosów i piwa wypełzający z bram i tanie perfumy z kiosku: biały bez, konwalia, mydło „siedem kwiatów” w tramwajach na Stalingradzkiej, palone trawy ogródków działkowych i stearynowy dym znad cmentarza. Czuł to wszystko tak, jak czuje zwierzę, a jego czerwonawy nos poruszał się radośnie i niespokojnie. — Kurde — pomyślał. — Jak ludzie mogą wyjeżdżać. Zwłaszcza za granicę. — Pociągnął długi łyk i westchnął: — Jeszcze pięć lat, Mirosławie Pakerze, i wszędzie może być zagranica.

— Już można! — zawołała Syl.

Odwrócił się i zobaczył ją na tle nieba. Tupnęła. Usłyszał twardy stuk i leciutki brzęk. Musiał przyzwyczaić wzrok, bo słońce staczało się już na Wolę. Na wysokich koturnach wydawała się jeszcze chudsza. Czarna skóra sięgała do kolan, a ciężkie srebrne klamry połyskiwały jak niedzielne nakrycia. Przeszła się w prawo i w lewo napiętym scenicznym krokiem. Wyglądała jak rozczapierzony dziecięcy rysunek.

— No i jak? — zapytała.

Paker odrzucił niedopałek, zmrużył oczy i podrapał się w podbródek.

— Eleganckie. A nie za duże?

— Włożę trochę waty w palce i będą akurat.

— Co kto lubi — powiedział. — Ja wolę, jak mam akurat. Żeby nie cisły i nie klapały.

Syl okręciła się jak na wyimaginowanym wybiegu.

— Rozmiar tonic. Najważniejsze, że są takie, jak chciałam.

— W sumie lepsze większe niż za małe — stwierdził Paker.

— Szkoda, że nie ma lustra. Muszę super wyglądać. Wie pan, trochę zaczekam, a potem poproszę Baleronka, żeby mi kupił skórzany płaszcz. Też czarny. Widziałam takie.

Gdy wracali Tamką w górę, Syl wzięła Pakera pod ramię. Trochę się spłoszył i szedł z wytwornie odgiętym łokciem.

— To tylko tak na początku — powiedziała Syl. — Potem się przyzwyczaję. — Skręcili w Dobrą i zaczęła rozglądać się za taksówką. Koło stacji zrównała się z nimi biała tempra. Syl zamachała, taryfa stanęła i dziewczyna próbowała pociągnąć za sobą Pakera.

— No chodĄmy. Wracamy, nie?

Paker skinął kierowcy, żeby jechał dalej. Zatrzymał się na środku chodnika, wyswobodził ramię i zaczął poklepywać kieszenie w poszukiwaniu papierosów, ale zamiast paczki wyjął kapsel od królewskiego. Przyjrzał mu się uważnie, obrócił w palcach jak monetę i schował.

— Nie wracamy — powiedział w końcu.

Znów sięgnął do kieszeni i tym razem wyjął portfel. Wydobył z niego wszystko, co zostało. Chwilę się zastanowił, zostawił drobniaki, setkowy banknot podał Syl. Wzięła mechanicznie i zgniotła w dłoni.

— Co? — zapytała.

— Bolek tak powiedział. To znaczy kazał ci powiedzieć, żebyś wracała do domu.

W oddali Średnicowym przetoczył się na Pragę żółto-niebieski pociąg. Łoskot dotarł do nich spóźniony i nierealny.

— Tak czasem bywa. — Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w głowie raptem zrobiło mu się pusto, więc podniósł tylko dłoń, ona odchyliła się w bok zupełnie bezradnie, i wtedy odwrócił się i ruszył w stronę Starego Miasta, ale nie poszedł Dobrą, tylko natychmiast skręcił w Tamkę i zaraz w Topiel, jakby zacierał za sobą ślady. Zaczął wiać wiatr i nad Żeraniem pojawiły się chmury.

Tym razem pojechał Helskim i na krótką chwilę zobaczył za płotem rude garby wielbłądów. Znów pomyślał, że najwyższy czas na syna. Zaraz potem wyobraĄnia podsunęła mu obraz szerokich bioder Iriny. — I pierś też niczego sobie — uśmiechnął się do siebie. Po lewej Wisła łuszczyła się jak brokatowa kreacja. Kątem oka dostrzegł ceglaną wieżę Najświętszej Marii Panny. — Tak, wezmę ją na Starówkę — postanowił. — Pełna kultura, zabytki, królewski zamek, u nich tego nie ma. — Zastanawiał się, czy oni w ogóle mieli jakiegoś króla. Przypomniał sobie Kreml, który widział ostatnio w telewizji. Wyglądał jak ciężki kryminał. — Nie to, co u nas: elegancja francja, wieżyczka, zegar, pozłacane wskazówki. Tak, pójdziemy na Starówkę, brykę się gdzieś zostawi, pospacerujemy, a potem jakiś porządny lokal, nie żadne disco, tylko białe obrusy, świeczki, a w karcie wszystko po polsku i po angielsku. — Gdy dojeżdżał do Gdańskiego, przypomniał sobie Winniczka — blaszaną budę nad rzeką w środku wydeptanego wagonu i tylko piwo i kiełbasa. — Jak można było tak żyć — zastanowił się przy wejściu w zakręt. — Z roboty, do roboty, a po fajrancie browar na gołej ziemi na wygwizdowie i jeszcze psy łaziły i sprawdzały dokumenty jak jakimś lumpom. — Beema z przyjemnym sykiem wyszła na prostą. Opuścił lewą szybę i splunął w stronę baraków Golędzinowa. Opancerzone armatki wodne stały bez zajęcia. — Chuje — pomyślał bez nienawiści. Od czasu, gdy zaczął pracować dla Pana Maxa, właściwie go nie obchodzili. Nimi się nie martw, powtarzał Pan Max, martw się pracą. Paru szczeniaków w podkoszulkach i polowych spodniach grało w siatkówkę. Przy Stalingradzkiej przepuścił osiemnastkę, wyczekał grzecznie do końca pomarańczowego i skręcił w lewo. Spieszyło mu się bardzo, a zarazem znowu nie spieszyło. Jechał lewym pasem, a licznik zamiast się wychylać w prawo, powolutku się cofał i w końcu utknął na siedemdziesięciu. Zatrąbiło na niego czerwone twingo. Kiedy indziej by nie darował, ale teraz nie spojrzał nawet w lusterko. Autko wyprzedziło go pogardliwie. Dopiero wtedy sprawdził, czy wolne i zjechał na prawo. Zaraz była Kotsisa, więc skrył się wśród niskich bloków, znalazł miejsce między maluchem a skodą i zaparkował. Wyjął komórkę, wystukał pierwsze trzy cyfry hotelowego numeru i stchórzył. Obok przejechał szczeniak na deskorolce. Przyszło mu do głowy, żeby go zawołać i niech małolat zrobi to za niego. Widział to na jakimś filmie. — No dobra, a co dalej? Przecież to jest poważna kobieta i nie umówi się z jakimś szczeniakiem — pomyślał i pomysł upadł. Sięgnął do schowka i wydobył piersiówkę Walkera. Tym razem już tego z czerwoną kartką. Siedział z telefonem w jednej i flaszką w drugiej ręce i nie potrafił się zdecydować. — Napiję się i zadzwonię. Nie. Najpierw zadzwonię i zaraz potem się napiję. — W końcu wybrał sprawdzony wariant. Napił się, zaczekał, aż zadziała, wystukał numer i zamknął oczy.

Pięć minut póĄniej beema z piskiem opon wyskoczyła na Stalingradzką. Słyszał klaksony, ale nawet nie spojrzał na tych kilka gównianych aut klasy średniej i małolitrażowej. Dwójka — decha, trójka — decha i tak dalej i już w oddali pojawiły się wiadukty. Na przednią szybę spadły pierwsze krople deszczu. Włączył wycieraczki. Pogwizdywał Kalinkę pomieszaną z Katiuszą. W cień estakady wpadł dobrze ponad setką. Z przodu było pusto, gładko i prosto. Widział, jak lśniąca metalicznie szosa wspina się na most nad kanałem.

I wtedy nie wiadomo skąd wzięła się ta kobieta. Ubrana na biało szła przez pasy obok autobusowego przystanku. W ręku niosła plastikową skrzyneczkę z uchwytem. Nacisnął klakson, lecz musiała być głucha, bo nawet nie odwróciła głowy. Zaczął hamować, a przekleństwa wychodziły mu z ust prędko i cicho jak modlitwa. Poczuł, że tył auta ucieka, że beema sunie bokiem i zaczyna się obracać, puścił więc pedał, trochę wyprostował, ale znów musiał nacisnąć, bo biała postać powiększała się, ogromniała, była już większa od samochodu i przypominała chmurę, która go pochłonie.

Właściwie nic nie poczuł. Widział tylko, jak od błotnika odskakuje czerwony plastikowy pojemnik, wzbija się wysoko w górę i gdy obserwował jego lot, autem wstrząsnęło, na przedniej szybie zarysowała się siatka pęknięć i wszystko znieruchomiało. Tylko plastikowy koszyk toczył się jeszcze chwilę po asfalcie, aż przeskoczył krawężnik i wtedy z jego wnętrza wydobył się pręgowany kot. Próbował iść, ale jego tylne łapy były bezwładne.

To, co się zjawiało, przypominało zieleń. Ogródki działkowe, park Skaryszewski, park Praski albo nadrzeczne zarośla. W każdym razie poruszało się z delikatnym szelestem, było wilgotne i połyskiwało jak po deszczu. Przejścia, przesmyki i ścieżki prowadziły w głąb, w bezpieczny labirynt, gdzie raz po raz otwierały się łąki otoczone ścianą starodrzewu. Trawa falowała na wietrze, a to kołysanie zagarniało cały obraz i wtedy znikał, jak odbicie w zmąconej wodzie. Próbowała oddychać równo i głęboko. Po chwili kontury znów zaczynały wypełniać czarną pustkę, a po konturach pojawiały się barwy. Bała się, że za którymś razem nie starczy jej sił i ciemność zagarnie ją ostatecznie na dno nieskończonej studni. Mrok gęstniał coraz bardziej. Czuła, jak wydzielają go ściany, sprzęty, sufit, jak sączy się z podłogi, przesiąknięty jest nim materac, i gdy zaciskała palce, to we wnętrzu dłoni zostawał jego śliski, zimny dotyk. Chwilami zieleń rozwijała się w daleką płaszczyznę i przykrywała wszystkie miejsca, które znała i które mogła sobie przypomnieć. Znikała Kijowska, znikała Targowa, znikała brudna rzeka i przepadało Śródmieście ze wszystkimi wieżowcami i nieskończonym, oszalałym z bezsenności potokiem samochodów, z ludĄmi i psami, z podziemnym jękiem metra, apokaliptycznym legato odrzutowców i elektryczną poświatą nieboskłonu, jakby nigdy tego wszystkiego nie było. Czasem czuła bolesną szorstkość posłania i wtedy ogarniał ją strach, bo przecież nie pamiętała wszystkich chwil dzisiejszego dnia ani wszystkich słów, które przytomnie mogła wypowiedzieć. Pocieszała się, że oni jednak wciąż tam są, że słyszy zwykłą krzątaninę w kuchni i rozmowę. — Jeśli są, to znaczy, że nie wiedzą, gdzie iść — powtarzała w duchu. Ulga ogarniała ją jak sen i odgłosy z kuchni przypominały poranną krzątaninę w domu, gdy matka wychodziła do pracy, a ona mogła spędzić jeszcze godzinę w łóżku. Zwijała się wtedy w kłębek i w półśnie wyczekiwała aż zadzwoni budzik. Od czasu do czasu otwierała oczy, by sprawdzić, gdzie znajduje się minutowa wskazówka. Metalowy mechanizm tykał wyraĄnie i głośno. Przez uchylone okno wślizgiwał się poranny gwar. Słyszała stukot skrzynek i brzęk butelek. Furgonetki podjeżdżały pod drzwi sklepów. Słyszała przekomarzania kierowców i ekspedientek.W czystym powietrzu poranka odgłosy były dĄwięczne, wyraziste, jakby nie miały wcześniej żadnych pierwowzorów i wydawało się jej, że świat jest tak wielki i jasny, że pomieści wszystko. Zamykała oczy, zegar znikał, przesuwała dłoń w pościeli w poszukiwaniu chłodnych zakamarków i gdy na nie w końcu natrafiała, wtulała w nie całe ramię, potem pierś, próbowała zmieścić tam całe ciało aż w końcu przyjemny chłód znikał i można było zaczynać zabawę od początku.

A potem na Marszałkowską też spadł deszcz. Grube pojedyncze krople, uderzając o czarny dach, pękały z suchym trzaskiem. Uśmiechnęli się do siebie i wzruszyli ramionami, ponieważ wszystko wokół wyglądało na niezrozumiały żart. Chwilę póĄniej ulewa ogarnęła ich całkowicie i zaczęli pełznąć w poszukiwaniu schronienia, ale wokół były tylko anteny, wyloty wentylacyjnych szybów i nadbudówki kryjące maszynerie wind.

— Czy tu gdzieś jest prąd? — zapytał Paweł.

— Nie wiem. Chyba nie. W mieście to idzie kablami. Pod ziemią.

— Ale może być piorun.

— Nie w kwietniu.

— Nie wiedziałem — powiedział Paweł i usłyszał, że miasto w dole zupełnie ucichło. Wsparli się plecami o betonową ścianę. Deszcz przenikał ubrania i spływał po skórze. Wieżowce Śródmieścia przepadły zasłonięte szarym deszczem, jakby ich nigdy nie było, i tkwili teraz na dziwnej, czarnej, połyskliwej wyspie. Wkrótce ulewa wzmogła się i zupełnie ich oślepiła. Przysunęli się bliżej, tak aby czuć swój dotyk.

W tym samym czasie Blondyn wszedł do kuchni. Luśka zamknęła za nim drzwi, a potem ruszyła przodem i odkręciła kran nad zlewem. Wzięła płyn do zmywania naczyń i polała mu dłonie. Mył je długo, dokładnie, prawie do łokci, płukał, znów nacierał płynem i znów płukał. W końcu podała mu kuchenną ściereczkę. Wytarł dłonie, a potem sięgnął po telefon. Patrzył przez okno na niewidzialny Wschodni i cierpliwie wystukiwał numer.

— Może to przez ten deszcz — powiedziała Luśka.

— To nie ma nic do rzeczy — odpowiedział.

Spróbował jeszcze raz i jeszcze i w końcu odłożył telefon z powrotem na parapet. Kijowska była niewyraĄna i bezludna, przecięta wzdłuż torów jak ryba wzdłuż kręgosłupa, a dalej panował szary, drżący półmrok dżdżu.

— Pierdolony grubas — powiedział Blondyn. — Jak trzeba, to go nigdy nie ma. — Schował komórkę do kieszeni, odwrócił się od okna i spojrzał na Luśkę.

— Ona jest lekka. Stoję pod samym domem.

— Poszukam czegoś na ten deszcz — odpowiedziała.

— Dla niej też. Żeby to jakoś wyglądało.

Dziewczyna wyszła do przedpokoju, a on znów odwrócił się i patrzył w stronę dworca. Myśli nadbiegały nie wiadomo skąd i precyzyjnie do siebie pasowały. Odruchowo sprawdził, czy kluczyki tkwią w kieszeni. Nacisnął guzik immobilizera i zastanowił się, czy moknące i samotne auto mu odpowiedziało.

— Dobra. Możemy iść — usłyszał od drzwi.

Późnym popołudniem przestało padać i nad estakadami okalającymi autobusową pętlę zjawiło się słońce. Cienie wiaduktów były czarne, ale blask pomiędzy nimi miał barwę najczystszego złota. Jaśniała elektrociepłownia, lśnił asfalt, płonął fronton burego kościoła i żelazne ogrodzenie wokół. Ksiądz w czarnej marynarce, w czarnej koszuli z koloratką zamknął na klucz drzwi świątyni, zszedł po stopniach, zamknął za sobą furtkę i ruszył chodnikiem. W ręku niósł teczkę. Pod podeszwami butów zachrzęściły mu drobne okruchy szkła. Zwolnił i rozejrzał się, jakby szukał śladów tego, co się stało. Ale wokół nie było nic. Dopiero gdy auta zatrzymały się pod światłami skrzyżowania, usłyszał cichy pisk. Na mokrej ziemi obok chodnika, wśród zeszłorocznej trawy leżał bury kot. Próbował się poruszać. Ksiądz spojrzał za siebie, a potem postawił teczkę na trotuarze i podszedł do zwierzęcia. Wziął je ostrożnie na ręce, podniósł na powrót swój bagaż i ruszył w stronę kościoła.